To bez wątpienia jedna z najlepszych książek historycznych jakie czytałem. Przede wszystkim dlatego, że zdaje się być wyjątkowo obiektywna. Skupia się na przedstawieniu faktów, a nie opinii. Trudno nawet wnioskować co na temat Ukraińców i poszczególnych wydarzeń myśli autor, i za to należą się ukłony Piotrowi Zychowiczowi.
Nie napisał on swojej książki, aby zadowolić którąkolwiek ze stron. Nie stara się przypodobać ani tym, którzy gloryfikują naród Ukraiński. Nie dostarcza też celowo amunicji tym, którzy ciągle podnoszą temat Wołynia. Nie starając się nikomu przypodobać, musi liczyć się z ryzykiem, że wszystkim „podpadnie”. Gotów jest jednak zapłacić tę cenę – wymowne jest zresztą w tym kontekście, że książkę wydał w ramach serii „Opowieści niepoprawne politycznie”.
„Historia chrześcijaństwa” Wojciecha Roszkowskiego urasta do rangi moich największych rozczarowań literackich w mijającym roku. Wybaczcie tak mocną ocenę na wstępie, ale zapewniam, że jest zupełnie szczera. Recenzji poddałem drugi tom monumentalnego dzieła tego uznanego historyka, w którym opisuje on okres od XVI wieku po dni obecne. Podtytuł: „Świętości, upadki i nawrócenia” zdaje się sugerować, że znajdziemy tutaj szczerą próbę rozliczenia również z tymi kartami historii Kościoła, które wielu nadal stara się skrywać za kotarą milczenia. Jakież to rozczarowanie mi towarzyszyło, gdy męcząc się niemiłosiernie by przebrnąć przez ponad 600 stron tekstu, ostatecznie dowiedziałem się, że wszystko w Kościele Rzymskokatolickim jest święte, a za wszelakie zło należy winić „tych przeklętych protestantów” (polecam rozdział: „Reformacja: do szaleństwa i z powrotem”). Broń Boże (!) nie uważam, że jest odwrotnie. Ludzie, niezależnie od tego jakie szaty ich zdobią i z jaką konfesją się utożsamiają, pozostają ludźmi i niezależnie od denominacji mogą odpowiadać za wiele złych rzeczy, jeśli nie prowadzą życia zgodnego ze standardami Pisma Świętego. Późne średniowiecze było czasem obfitującym w zdarzenia, o których chciałoby się zapomnieć. Kościół odpowiedzialny jest za wiele haniebnych działań, a to co się powszechnie działo wśród duchowieństwa musiało doprowadzić w końcu do reformy, niezależnie od tego czy Marcin Luter przybiłby swoje 95 tez do drzwi Kościoła w Wittenberdze czy też nigdy by się nie urodził.