HANSI. Kochałam swastykę, Maria Anna Hirschmann [ 30 | 2021 ]

atypowa ocena: 6/10

Staram się aby moja wrażliwość była kształtowana przez dobre treści. Wiele książek, które czytam znajdują się na mojej liście z polecenia osób, które znam i cenię. Pamiętam jak wiele lat temu widziałem, że moja Mama czytała książkę Hansi o niepokojącym tytule „Kochałam swastykę”. Czy warto poświęcać czas na czytanie wspomnień „tego złego”. Bo przecież pod hitlerowskimi, dumnie powiewającymi sztandarami nie było „tych dobrych”. Nikt mi przecież nie wmówi, że było inaczej. Mi, obywatelowi kraju, który przecież jest Chrystusem narodów.  Czy rzeczywiście każdy kto hajlował pod swastyką był złym człowiekiem?

Lektura „Kochałam swastykę” może poszerzyć naszą wrażliwość i jest dobitnym dowodem na to, że nie wszystko jest tak  czarno-białe jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Zwłaszcza w obliczu wojny. Autorka jest czeską Niemką a jednocześnie porzuconą przez rodziców sierotą, która uległa naiwnej fascynacji nazizmem i Hitlerem. Czy zasługuje na potępienie? W oczach wielu tak, ale zanim rzucimy kamieniem, warto zapoznać się z jej autobiografią.

Dla mnie książka ta jest cenna przede wszystkim z tego względu, że poszerza moje zrozumienie krzywdy jaka była udziałem każdej strony tego strasznego konfliktu. Abstrahując od przyczyny i odpowiedzialności za rozpętanie wojny – cierpienie stało się codziennością milionów ludzi. Zezwierzęcenie i bestialstwo uderzało w obydwie strony konfliktu oraz tych, którzy nigdy nie byli nawet pytani o to, po której stronie chcą się opowiedzieć. To mroczne karty historii, na które jednak nie powinna być opuszczana kurtyna milczenia. Czerpiąc z drastycznych doświadczeń naszych poprzedników mamy możliwość uchronić się od ich beznadziejnych błędów. I choć trzeźwa obserwacja teraźniejszości nie pozwala mi pozostawać optymistą w tym temacie, warto z trudnymi tematami się konfrontować.

Nie mogąc odpowiadać za innych, skupiam moje wysiłki na tym aby chociaż moje poglądy były nieco szersze. Przeczytałem już dziesiątki książek o wojnie, ale wstyd się przyznać – żadna z nich nie została napisana przez eks-nazistę. Przyszedł najwyższy czas aby to zmienić. Nie chodzi o wybielanie zbrodni hitlerowskich. One są niekwestionowalne, i autorka tej książki wcale z niemiecką winą nie dyskutuje. Pokazuje jednak jak tamte dni wyglądały z drugiej strony frontu. Jaki dramat przeżywały miliony ludzi, którzy zostali omamieni i oszukani przez Hitlera i jego świtę. Opisuje horror, który stał się udziałem ludności niemieckiej po wkroczeniu na ich ziemie Armii Czerwonej. Po lekturze tej książki wiem znacznie więcej, i nie jest mi z tą nowo zdobytą wiedzą lekko…

Ocena nie jest wysoka ponieważ stylowo książka pozostawia według mnie wiele do życzenia. Za swój styl Maria Anna Hirschman nie może spodziewać się nominacji do jakiejkolwiek literackiej nagrody. Przez pierwsze sto stron brnąłem powoli, zastanawiając się czy nie zrezygnować z dalszej lektury. Dialogi wydają się być mocno nienaturalne, a opisy rozterek sercowych młodej Hansi wydają się być zupełnie odrealnione. Nie żałuję jednak, że postanowiłem książkę czytać dalej, ponieważ są fragmenty, które od strony faktograficznej bardzo mocno mnie zainteresowały. Przede wszystkim jednak chcę polecić tę książką ponieważ budziła we mnie silne emocje i zmuszała do refleksji nad tym, że powinienem być bardziej wdzięczny za wiele rzeczy, które dziś posiadam (i nie mam na myśli jedynie dóbr materialnych). Kilkakrotnie podczas lektury zdarzyło mi się uronić kilka łez…

Książka Hansi to autobiografia, która opowiada nie tylko o czasie wojny i tym co nastąpiło bezpośrednio po niej. Większa część tej pozycji opowiada o kolejnym etapie życia autorki, które toczyło się w Stanach Zjednoczonych. To opowieść o drodze do zrozumienia, że jej ratunek od śmierci podczas wojny nie był przypadkowy. To opis wędrówki do zrozumienia kim jest pogardzany przez hitlerowców żyd – Jezus z Nazaretu. To w końcu świadectwo zupełnie przemienionego życia – nowego życia tej kobiety, która wielokrotnie powinna zginąć. Okazało się, że Bóg miał dla niej szczególny plan.

Reasumując – choć „Kochałam swastykę” jest momentami męczącą i źle napisaną książką, to i tak ją polecam. Polecam, ponieważ część historii autorki na zawsze pozostanie ze mną, a ja (mam nadzieję, że) po lekturze tej książki stałem się choć odrobinę inny.

Na koniec kilka fragmentów:

„Nagle poczułam ucisk w gardle, tę nagłą potrzebę, by się wypłakać, by coś robić, by znów coś odczuwać. Ale nie mogłam – mój uśmiech i łzy wydawały się być pogrzebane pod lawiną strachu. Och, jak bardzo chciałam poczuć na policzkach te gorące krople. Próbowałam wielokrotnie, ale po prostu nie potrafiłam zapłakać. Z poczuciem beznadziejności wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie.”

„Nasze zaręczyny spowodowały nieoczekiwany problem również innej natury. Przed wszystkim, doświadczyliśmy trudności z powodu naszej przynależności wyznaniowej. Było to jak okrutny żart, ponieważ żadne z nas nie wierzyło w Boga, ale ja byłam katoliczką z racji chrztu oraz z konieczności, ponieważ wymagał tego mój pracodawca. Nigdy nie otrzymałam katolickiego wychowania, ale uczęszczałam do tego kościoła co niedzielę. Uważnie śledziłam każdy ruch zgromadzonych, ucząc się odprawiania praktyk religijnych, by w ten sposób dostosować się do obyczajów miejscowej społeczności. Poza tym w ogóle się religią nie przejmowałam, Rudi również. Był nominalnym protestantem i okazał się dość niemądry, mówiąc o tym mojemu księdzu. To zapoczątkowało między nimi swoistą zimną wojnę, a ja znalazłam się w tym konflikcie pośrodku.
Miejscowy ksiądz, osoba, której się bano i niezwykle szanowano, nigdy nie był wobec mnie przyjazny. Unikałam go. Gdy ogłosiłam zaręczyny, poczuł się w obowiązku nie dopuścić do naszego małżeństwa. Zgodnie ze zwyczajem, musiałam przejść przedmałżeńską katechezę. Ponieważ Rudi nie był katolikiem, nie mógł z tego szkolenia skorzystać, więc chodziłam na nie sama.
Jak ja się tych wykładów bałam! Ksiądz przypominał mi o mojej przybranej mamie – z olbrzymim zapałem, ale bez odrobiny miłości! Groził mi, że o ile się nie rozstanę z Rudim, to zostanę potępiona i znajdę się w piekle.”

„-Biblia? – czułam obojętność i zdziwienie – Człowieku, po co ci Biblia? I gdzie ją w ogóle znalazłeś?
Ugryzłam się w język i powstrzymałam się, by nie zapytać: Czy ją ukradłeś?
Rudi nie miał skrupułów, jeżeli chodziło o przywłaszczenie tego, czego pragnął lub potrzebował. Było to zgodne z duchem przegranej wojny, skorzystać ze wszystkiego, co się nawinęło pod rękę, jednak ja tego nie akceptowałam i często z tej przyczyny wybuchały gwałtowne kłótnie.
Rudi wydawał się wiedzieć, co mam na myśli i pośpieszył z wyjaśnieniem. – Znalazłem ją w księgarni z używanymi książkami, była bardzo tania!
– Dlaczego ją kupiłeś?
Rudi przez chwilę się wahał. – W poniedziałek , idąc na dworzec, wdałem się w rozmowę  z pewnym młodym człowiekiem. To prawie dzieciak, ale rzeczywiście zna się na religii. Czyta Biblię tak często, że zna ją całą na pamięć. Należy do jednej z tych sekt i robi wrażenie nieco nawiedzonego, ale mówi, że katolicy nie mają racji i że potrafi to udowodnić na podstawie Biblii. Dlatego postanowiłem zacząć ją czytać, by przekonać naszego księdza!
Pokiwałam głową. To cały Rudi, jasne. Posunąłby się prawie do wszystkiego, by wyrównać rachunki z księdzem, nawet do takiej absurdalnej skrajności, jak czytanie Biblii. Tak też i uczynił. Gdy spoglądałam w jego stronę, on ciągle siedział nad tą starą książką i był nią bez reszty pochłonięty. Mnie to odpowiadało, bo w związku z tym miałam spokojniejszy weekend.”

„W pewnym momencie zobaczyłam, że stoję, serce podchodzi mi do gardła, ale czuję, że muszę zabrać głos. – Proszę pana – powiedziałam, biorąc głęboki wdech – jeśli usiłuje pan sugerować, że wciąż jesteśmy nazistami, jest pan w błędzie. Nie jesteśmy ani nimi, ani kimkolwiek innym. Raz komuś zaufaliśmy i zapłaciliśmy za to naszą krwią. Zostaliśmy okaleczeni, proszę pana, nadal jesteśmy poranieni i nie mamy ochoty nikomu już zaufać, ani demokracji, ani żadnemu innemu systemowi. Tak więc nie chodzi o to, że jesteśmy przeciwni temu, co pan głosi, ale po prostu brzmi to zbyt dobrze, żeby było prawdą, przynajmniej dla nas. My jesteśmy jak poparzone dzieci, bojące się ognia!”

„- W wielu przypadkach Amerykanie muszą stosować dietę, by stracić na wadze – kontynuowała Emilie.
– Co to dieta? – próbowałam swojej łamanej angielszczyzny.
– Ilość przyjmowanych codziennie kalorii powinno się zmniejszyć do tysiąca – oświadczyła z westchnieniem korpulentna dama – wiem, że znów powinnam przejść na dietę, podobnie jak Leu. Tak powiedział doktor.
Rudi wyjaśnił mi o co chodzi. Westchnęłam również. Co za dziwny kraj. Pamiętałam, jak długo musieliśmy korzystać z kartek żywnościowych na 1200 kalorii dziennie (często jeszcze mniej) w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Mogłam jej współczuć, ale dlaczego miałaby to robić w Ameryce, gdzie co krok są takie masy jedzenia?!
Szłam za sklepowym wózkiem Emilii i przyglądałam się jak ta kobieta bierze z półek jedzenie. Rozglądała się i natychmiast ciągnęła do działów z tym szczególnym napisem SALE.
– Co to jest S-A-L-E? – spytałam Rudiego po niemiecku. On z kolei zadał to pytanie Emilie, a ona powiedziała coś za czym nie potrafił nadążyć nawet Rudi, poza tym, że wiele razy użyła słów „dolars” oraz „cheaper”.
Do momentu, gdy zakończyła sprawunki, poznałam znaczenie dwóch słów. SALE oznaczało słodycze i papier toaletowy, a DIET coś przeciwnego niż SALE. Myślałam tak, ponieważ Emilie pod napisem SALE kupiła lody, cukierki, czekoladę, dżem oraz papier toaletowy, ale prawie nic z rzeczy dietetycznych.”

„Największy szok był wszakże przede mną. Na początku jednego z nabożeństw, wszyscy zebrani powstali by odśpiewać pieśń, a ja wsłuchiwałam się we wstępne akordy, by zorientować się czy ją znam. Cóż, czyż mogłam jej nie znać?
Pieśń „Glorious things of thee are spoken” zgromadzeni wokół mnie Amerykanie śpiewali z wigorem, w marszowym rytmie. Czy ktokolwiek z nich wiedział, co śpiewał?
Był to narodowy hymn hitlerowskich Niemiec „Deutschland, Deutschland, Uber Alles” z amerykańskimi słowami. To mnie przeraziło. Było to jak świętokradztwo, ponieważ w nowych Niemczech pieśń ta była zakazana! Spojrzałam na Rudiego. Wyglądał na zmieszanego, ale próbował śpiewać ze śpiewnika. Nagle pochylił się i szepnął mi do ucha: „Znasz tę pieśń. Śpiewaj po niemiecku!”
W jego wzroku dostrzegłam szelmowski błysk i oboje zaśmialiśmy się. To nas tak rozśmieszyło, a Emilie zmierzyła nas karcącym wzrokiem. „Jak możecie chichotać w kościele” zdawała się mówić jej pulchna twarz. Ale nie potrafiłam przestać, mimo iż bardzo się starałam. Rudi z trudem powstrzymywał śmiech. Oboje nie mogliśmy się doczekać, aż powiemy jej, co też ona śpiewała!
Kiedy powiedzieliśmy o tym Emilie po nabożeństwie, ona wcale nie uznała tego za zabawne. -Ten Hitler – zakipiała oburzeniem – jak on śmiał przywłaszczyć sobie angielską pieśń kościelną i zrobić z niej nazistowski hymn!
Rudi ze swoją ograniczoną znajomością angielskiego próbował wyjaśnić, że nikt niczego nie przywłaszczył, ale że oba kraje zapożyczyły melodię Haydna. Emilie jednak wiedziała swoje i czuła się głęboko dotknięta.”

„Kiedy Amerykanie odpowiadali mi na pytanie – często potokiem słów – ja wpatrywałam się w nich z zakłopotaniem. Zamiast użyć prostszych słów, by pomóc mi w zrozumieniu, oni powtarzali te same głośniej i wyraźniej. Zapewne zakładali, że jeżeli coś wykrzyczą, to pojmie to nawet idiota! Cóż, chyba byłam kimś na jeszcze niższym poziomie, ponieważ ja zrozumieć tego nie potrafiłam. To mnie bezgranicznie frustrowało.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s