Amerykański sen do bólu / „Stan terroru”, Penny Louise, Hillary Rodham Clinton [ 89 | 2022 ]

atypowa ocena: 3/10

Nie będę ukrywał, że do sięgnięcia po „Stan terroru” skłoniło mnie nazwisko Hillary Clinton na okładce. Sam pomysł na fabułę nie jest niczym nowym – w wielu thrillerach światu grozi zagłada, bo szaleniec zdobywa dostęp do broni jądrowej i tworzy brudną bombę. Ileż takich filmów już widziałem, gdzie wszystko rozstrzyga się w ostatnich sekundach, a główny bohater z kroplami potu  na czole do ostatniej chwili waha się jakiego koloru kabelek powinien przeciąć, aby zatrzymać mechanizm odliczający czas do wybuchu. Po „Stanie terroru” spodziewałem się czegoś więcej, ponieważ sama okładka reklamuje książkę, twierdząc, że to „thriller polityczny pełen wiedzy dostępnej tylko wtajemniczonym”. Rzeczywiście Biały Dom nie jest miejscem, które Hillary Clinton zna jedynie ze zdjęć i opowieści. Spędziła tam wiele lat i niewiele brakowało, aby wróciła do Waszyngtonu w roli prezydenta. Któż nie chciałby przeczytać trzymającej w napięciu powieści, w której odsłonięte zostają najróżniejsze smaczki funkcjonowania mocarstwa jakim wciąż jest USA?

TA KSIĄŻKA JEST PISANA DLA PIENIĘDZY

Myślę, że takie pytanie zrodziło się w głowach wydawców, którzy wyczuli szansę na zarobienie szybkich pieniędzy. Wiedząc, że dawna Pierwsza Dama nie poradzi sobie sama z napisaniem tej książki, dokooptowali jej do pary Louise Penny, dość poczytną kanadyjską autorkę kryminałów. To prosta matematyka – wiedza tej pierwszej w połączeniu z talentem tej drugiej miały rozbudzić zainteresowanie wśród czytelników nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale praktycznie na całym globie. Tak się też w istocie stało, ponieważ nie musieliśmy długo czekać na tłumaczenie tej przeszło 500-stronnicowej książki na język polski. Pozycja ta ma szanse zostać bestsellerem, ale tego tytułu nie będzie zawdzięczać wartościowej treści albo niepowtarzalnemu stylowi. To przeciętnie napisana książka, która przeszłaby bez echa gdyby nie jej pierwsza autorka. Niestety jednak Hillary Clinton daje się w tej książce poznać jako starsza kobieta, która traci powoli kontakt z rzeczywistością. Nie wierzę, aby ta powieść odsłaniała cokolwiek z zakulisowej prawdy o funkcjonowaniu amerykańskiego rządu. To raczej miks chorej fantazji, teorii spiskowych, megalomani i prywatnej wendety za przegrane wybory prezydenckie.

Wybaczcie mocną opinię, ale z każdą stroną „Stan terroru” czytało mi się coraz trudniej. Już sam początek zawierał przynajmniej garść absurdów, na które postanowiłem przymknąć oko. Chciałem cieszyć się lekturą, i przez pierwsze 150 stron nawet mi się to udawało. Przecież wiedziałem, że sięgam po fikcję literacką. Jednak jest spora różnica między koloryzowaniem pewnych mechanizmów, a pisaniem farmazonów, które w pewnej chwili zaczynają obrażać czytelnika. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że Hillary Clinton najwidoczniej postanowiła wykorzystać tę książkę jako element kampanii wyborczej, choć nie wydaje mi się aby mogła jeszcze realnie myśleć o powrocie do Gabinetu Owalnego. Zamiast dostarczyć nam dobry thriller, który mógłby ewentualnie wzbudzić w nas odrobinę niepokoju, kreuje świat ociekający patosem, w którym Sekretarz Stanu – kobieta będąca uosobieniem wszystkiego co najwspanialsze (ewidentnie stworzona na obraz i podobieństwo autorki) – regularnie podkreśla, że wszelkie zło na świecie wynika wprost z niekompetencji poprzedniego prezydenta i jego gabinetu.  

MOGŁO WYJŚĆ ZABAWNIE GDYBY NIE WYSZŁO ŚMIESZNIE

To mogłoby być nawet zabawne, gdyby po jakimś czasie nie stało się wręcz śmieszne. Drobne podobieństwa między Donaldem Trumpem, a nieudolnym prezydentem w patetycznym, fikcyjnym świecie, wykreowanym na potrzeby „Stanu terroru” szybko zamieniają się jednak w osobistą zemstę autorki. Wiemy, że szczerze nienawidzi swojego oponenta, z którym przegrała wybory. Jeśli ktoś chciałby obstawać przy tym, że Hillary Clinton to kobieta z klasą – po przeczytaniu „Stanu terroru” będzie musiał raczej zrewidować swoje poglądy. Wystarczy odwiedzić jej twittera by zobaczyć, że nie odpuściła żadnej okazji by zaatakować Donalda Trumpa. Pisząc książkę z Penny Louise była nawet w lepszej sytuacji, ponieważ mogła wykreować dziesiątki sytuacji, w których główna bohaterka załamuje się nad głupotą i nieudolnością byłego prezydenta:

„Zepsucie jest wszędzie. Cztery lata zatrudniania, awansowania, nagradzania ludzi, którzy mówili i robili wszystko, byle podlizać się obłąkanemu prezydentowi, bardzo nam zaszkodziły”.

„Ellen podejrzewała, że dla Erica Dunna (czyt. Trumpa) świat kończy się tam, gdzie jego włości. Poza jego sferą wpływów nie liczyło się nic innego. A trzeba przyznać, ze sfera ta wciąż pozostaje zaskakująco duża.”

Nie mogę napisać jak bezdennie głupią i złą postacią jest były prezydent w książce niedoszłej pani prezydent aby nie zepsuć wam (radości?) poznawania fabuły.  Autorka nie pozostawia nawet cienia złudzenia, że nie chodzi jej o Donalda Trumpa. Obrywa się mu tak samo jak Rosji i Putinowi, który bez cienia wątpliwości sterował poczynaniami głowy Stanów Zjednoczonych:

„Nigdy nie przyznano tego oficjalnie, ale w Rosji nie dzieje się nic, w czym nie maczałby palców prezydent. Nikt nie zdobyłby tej broni, tych materiałów rozszczepialnych bez jego aprobaty. Zarobił miliardy. (…)
To rosyjski prezydent tworzył oligarchów. Obdarzał ich majątkami i władzą. I kontrolował. A oni kontrolowali mafię. Rosyjska mafia stanowiła wątek łączący wszystkie elementy. Iran. Shaha. Al-Kaidę. Pakistan.”

„Iwanow (czyt. Putin) okazał się znacznie drobniejszy, niż oczekiwała, nie dało się mu jednak odmówić wielkiej osobowości. Stojąc blisko niego, miała wrażenie, że znalazła się obok bomby, której zapalnik trzymała mocno naciągnięta gumka, gotowa w każdej chwili pęknąć.
Niemal nic nie dzieliło rosyjskiego prezydenta od obłędu i była to jedna z wielu wspólnych cech Iwanowa (Putina) i Erica Dunna (Donalda Trumpa). Różniło ich natomiast to, że Maksym Iwanow (Putin) nikogo nie udawał. Był prawdziwym bezwzględnym tyranem wyszkolonym w opresji zarówno subtelnej, jak i okrutnej.”

AMERYKAŃSKI SEN DO BÓLU

W moim życiu przeczytałem wiele książek, które wciągały mnie dopiero po jakimś czasie. Tak dla przykładu miałem z serią Millenium Stiega Larssona. Dopiero po kilkuset stronach fabuła mnie na tyle zaciekawiała, że mniej uwagi zwracałem na sam styl autora. W przypadku „Stanu terroru” z każdą stroną było tylko gorzej. Kilka razy patos alternatywnej rzeczywistości wzbudził we mnie ciarki żenady. Książka ta jest tak bardzo amerykańska, że przy jej otwieraniu powinien rozbrzmiewać hymn USA. Od pewnego momentu czytałem ją czekając na zakończenie. Nie ukrywam, że byłem ciekaw co autorki szykują czytelnikowi w ramach happy endu. Przez chwilę nawet nie wątpiłem, że dzielna Sekretarz Stanu uratuje świat (czyt. USA). Czy rozbroi bombę atomową w ostatniej sekundzie? Czy dosiądzie białego konia? Czy własnoręcznie obezwładni wszystkich niebezpiecznych antagonistów? Nie zdradzę Wam zakończenia. No może jedynie to, że wybuch zostanie powstrzymany na dwie sekundy przed godziną zero. Jednak jedna sekunda byłaby już przesadą…

Ciężko mi książkę komukolwiek polecić (poza wyborcami Hillary Clinton), choć podszedłem do niej z otwartą głową. Lubię sięgać po thrillery. Niektórym wydaje się, że to żadna sztuka napisać książkę tego gatunku. Otóż „Stan terroru” jest świetnym przykładem, że można temu zadaniu nie podołać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: