Dziwny jest ten świat. Opowieść o Waldemarze Milewiczu, Honorata Zapaśnik [ 43 | 2021 ]

atypowa ocena: 6/10

Po przeczytaniu tej książki mam wiele myśli i niełatwo przychodzi mi jej ocena. Trzeba oddać Honoracie Zapaśnik, że wykonała tytaniczną pracę zbierając ogrom materiału na temat Waldemara Milewicza i całkiem zmyślnie złożyła z tego dobrą książkę. Nie wszystko mi się w niej podobało, ale może po prostu ewoluuję w kierunku coraz bardziej wybrednego czytelnika, ponieważ gros recenzentów rozpływa się w samych zachwytach. Zanim napiszę jednak kilka słów o minusach, muszę autorkę pochwalić za największą wartość tej książki – niepudrowaną szczerość w prezentowaniu jej bohatera.

„Dziwny jest ten świat” to swego rodzaju pomnik wystawiony Waldemarowi Milewiczowi. Pomnik – a nie laurka. I za to Honoracie Zapaśnik jestem wdzięczny, gdyż zazwyczaj ciężko o prawdziwy obraz tych, którzy zmarli (zwłaszcza w tak tragicznych okolicznościach). Nie wiem czy to ogólnoludzka zasada, ale u nas „nie mówi się źle o zmarłych”. Mariusz Max Kolonko miał taką refleksję podczas pogrzebu Milewicza:

„Zapamiętałem moment, kiedy wynosili trumnę z Waldkiem przez drzwi kościoła. Wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy myśl, że my Polacy mamy dziwną umiejętność wieszania psów na człowieku za życia i cudownego balsamowania pamięci po jego śmierci.”

Od morderstwa Waldemara Milewicza minęło ponad 17 lat. To wystarczający czas by na chłodno przyjrzeć się historii jego życia, nie szczędząc czytelnikom również opisu cieniów, które towarzyszą niewątpliwym blaskom w karierze tego reportera.

Chodziłem do liceum, gdy w maju 2004 roku wszystkie redakcje informowały o tragicznej śmierci Milewicza. Wiele kontrowersji wzbudziło zdjęcie, które ukazało się na okładce Super Expressu. Wisiało ono w tzw. „uszach” przy prawie każdym kiosku. Miliony Polaków chcąc nie chcąc stało się naocznymi świadkami tej śmierci. Sama fotografia nie jest makabryczna – Milewicz wygląda jakby spał na tylnej kanapie samochodu, jednak przecież wiemy, że w jego sercu tkwi kula, która przedostała się podczas ostrzału przez bagażnik. Dziennikarz nie żyje. Debata nad etycznością publikacji tego zdjęcia (nomen omen świetnie opisana w książce) nic w tej kwestii nie może zmienić – Waldemar Milewicz nie miał okazji obchodzić nawet 48. urodzin.

Czy tej śmierci można było uniknąć? Dlaczego Milewicz nie był ostrożniejszy? Co go stale pchało przed lufy karabinów (a nawet czołgów)? Dobre biografie (nie laurki) mają to do siebie, że pomagają nam lepiej zrozumieć drugiego człowieka. Co nim kierowało? Co go doprowadziło w dane miejsce? Co ukształtowało jego charakter? Honorata Zapaśnik opisuje bardzo wnikliwie przeszłość Milewicza, a czytelnik wnioski musi wyciągnąć sam. Dla mnie jasne jest, że tej śmierci uniknąć się nie dało. Milewicz wiele razy ocierał się o nią, a nawet niepotrzebnie ją prowokował. W końcu jedna z kul go dosięgnęła.

Mimo, że biografia pióra Zapaśnik składa się z przeszło 50 rozdziałów, dla mnie dzieli się zasadniczo na dwie części. Jej punktem przełomowym jest pierwszy wyjazd Milewicza na front w charakterze reportera wojennego. Od tego momentu jego kariera rozwijała się bardzo szybko, a i sama biografia staje się dla mnie znacznie ciekawsza. Rozumiem, że okres dzieciństwa i młodości Milewicza jest istotny dla tego jakim człowiekiem się stał, jednak dla mnie opis tego czasu jest aż nazbyt wnikliwy. Przez pierwsze 100 stron książki brnąłem z trudem, momentami irytując się mnogością szczegółów. Dlatego nie zniechęcajcie się, albo przeskoczcie od razu do dalszych rozdziałów. Akcja staje się bardziej wartka, a fragmentami wciąga jak dobry film sensacyjny. O przemianie Milewicza czytamy w rozdziale „Narodziny korespondenta wojennego”:

„- Pojechał tam młody, niedoświadczony człowiek, w dodatku ojciec małego dziecka— komentuje Maciej Walczak. – Niebezpieczeństwa było wielkie, ale on dał sobie radę i zrobił relacją, mając za plecami kręcący się czołg Armii Czerwonej. Przecież te czołgi rozjeżdżały w Wilnie ludzi! Moim zdaniem właśnie wtedy narodził się Milewicz, którego dzisiaj znamy. Był w miejscu, którego wcześniej nie opisał żaden polski dziennikarz. Stał się naszymi oczami.
(…) Po powrocie wpadliśmy na siebie i zapytałem: bałeś się? Odpowiedział: ”Oczywiście, każdy by się bał”. Sądzę, że Waldek świadomie zaczął jeździć w takie miejsca, bo wiedział, że jest to szansa, żeby się wybić. Mamo kto chciał jeździć na wojnę, przecież tam było niebezpiecznie.”

Milewicz był profesjonalistą i perfekcjonistą. Jego autorskie programy wprowadziły nową jakość do polskiego reportażu. Jednak jak większość z nas miał przynajmniej dwa oblicza. To bardziej wrażliwe zarezerwowane było dla najbliższych. Potrafił być duszą towarzystwa i dużo żartował.

Widać było, że jest wrażliwym facetem, współczuje ludziom przycinek których spotkaliśmy. Ale udawał, że taki nie jest. Chciał być odbierany jako twardziel. Po tonie jego głosu rozpoznawałem, z którym Waldkiem mam do czynienia: Supermanem czy wrażliwcem.”

Większość jednak nie miała nigdy okazji poznać go z tej strony. Nie był człowiekiem łatwym we współpracy. Wielu zwyczajnie go nie lubiło, a Milewicz dawał ku temu sporo powodów. Szczerze powiedziawszy ja też go nie polubiłem, choć cenię jego pracę. W trakcie lektury książki obejrzałem kilka archiwalnych odcinków programu „Dziwny jest ten świat”, do których odwołuje się w swojej książce autorka. To, że robił dobre reportaże nie sprawia jednak, że uznaję go za dobrego człowieka. Zresztą niektórzy zarzucają pracy Milewiczowi brak profesjonalizmu, czego słusznie Honorata Zapaśnik nie przemilczała:

Jan Mystkowski, operator kamery: Kiedyś oglądałem wiadomości i na ekranie zobaczyłem stojącego na stoku wzgórza Milewicza, wygłaszającego swój stand-up. Za nim unosił się gęsty dym. Mówił charakterystycznym dla siebie natchnionym głosem: „Za moimi plecami płonie kosowska wieś. Podpalili ją Serbowie, zanim odeszli. Udało się nam uciec, ledwo ocaleliśmy”.
(…) W Kosowie pracowaliśmy nad jakimś materiałem i w pewnym momencie zobaczyłem znaną mi z programu informacyjnego górę oraz wspomniany dym. Okazało się, że było to wysypisko śmieci. Zacząłem rozmawiać na ten temat z miejscowymi. Tam utylizacją śmieci zajmowali się pro serbscy Romowie. Kiedy Serbowie wycofali się z tych terenów, oni czmychnęli razem z nimi. Albańczycy, czyli zwycięzcy, nie chcąc dopuścić do masowego zakażenia, oblali ropą i podpalili odpadki. No to już wiem, co za numer z tego Milewicza, pomyślałem. Mówi, że zanim pali się wieś, a to wysypisko śmieci.
Kiedy zacząłem wyjeżdżać z Milewiczem, byłem ostrożny w kontaktach, bo miał dosyć trudny charakter. Lubił traktować ludzi z góry. 
(…)
W Czeczeni na ulicy przy krawężniku siedziało w kucki czterech zarośniętych facetów. Tam to jest normalne, nie wiem, jak nogi ich nie bolą. Wyciągnąłem kamerę i zacząłem ich filmować, bo ładnie to wyglądało. Nagle zobaczyłem przez wizjer, że wstają i ruszają na mnie ze wściekłymi minami. O co chodzi?, zapytałem ich po rosyjsku. Okazało się, że Milewicz stał trzy metry ode mnie i pokazywał im za moimi plecami obelżywe gesty. Zapytałem go: co ty za numery robisz? Przecież to jest niebezpieczne. ”A, bo wiesz, zezłościło mnie, że z takim stoickim spokojem siedzą”, odpowiedział. ”Chciałem, żeby się stamtąd ruszyli”.

„Materiały Milewicza nie podobały mi się. W Polsce prasa i telewizja często mówiły, kto w danym konflikcie jest agresorem, a kto ofiarą. Na miejscu okazywało się, że to nie takie proste. Tymczasem Waldek nie pokazywał w swoich programach tych niuansów. Miałem wrażenie, że przed wyjazdem upewniał się, jakie widzowie mają stereotypy, i potem je powielał. Dobierał materiały tak, żeby pasowały do jego scenariusza. A wiadomo, że stereotypy rzadko są prawdziwe. Ludzie w domach słuchali jego narracji i skoro potwierdzał to, o czym już wiedzieli, byli nim zachwyceni. Prawda nigdy nie jest czarno-biała.
Powiem więcej, my w tych gorących miejscach nie jeździliśmy tam, gdzie inni dziennikarze. Tak było w przypadku tego płonącego wysypiska lub pułkownika z Dagestanu. Związku z tym żaden z jego kolegów dziennikarzy nie mógł potem powiedzieć: „Waldek, coś ty nagadał, przecież było zupełnie inaczej”.
Milewicz w Polsce chodził w glorii sławy. Podziwiano go za to, że jest nieustraszony i wszystko wie. Ale przebywanie w niebezpiecznych warunkach to jedno, a schlebianie publice to drugie. Wcześniej pracowałem z amerykańskimi dziennikarzami, więc miałem porównanie. Oni szanowali swoich rozmówców, nie ryzykowali niepotrzebnie. A przede wszystkim cechowała ich rzetelność. Tymczasem Milewicz w odcinku Świat według talibów bez słowa wyjaśnienia umieścił drastyczne zdjęcia z jakiejś egzekucji. Można było odnieść wrażenie, że ja je zrobiłem, bo byłem podpisany na końcu jako operator. A to były materiały archiwalne.

Tego typu wypowiedzi aż proszą się o zadanie pytania o rzetelność materiałów prezentowanych przez Milewicza. Ufam, że zasłużył na liczne nagrody, które otrzymał. Ale muszę też przyznać, że zdecydowanie nie był osobą kryształową – zarówno w pracy, jak i życiu prywatnym. Często posuwał się do oszustwa i kłamstwa, by zdobyć to czego pragnął:

„Waldek lubił prowokować. Czasami te prowokacje mu się udawały, ale nie zawsze. Kiedyś chcieliśmy zrobić zdjęcia w obozie dla kobiet z Serbii. Jako dziennikarze mieliśmy specjalne przepustki, ale uznawały je głównie siły pokojowe, a nie strony konfliktu. W końcu zgodzili się nas wpuścić do obozu. Serbki mieszkały w namiotach i barakach. Teren był ogrodzony drutem kolczastym, na warcie stali żołnierze. Waldek w czasie rozmowy delikatnie zasugerował kobietom, że one też mordowały Chorwatów. Zdenerwowały się, zaczęły wygrażać i przeklinać. Potem ruszyły w jego kierunku. Na szczęście nie doszło do rękoczynów, bo udało nam się szybko stamtąd uciec. 
Kiedyś przez jego upór nas zatrzymaną. Byliśmy w Tuzli i mieszkańcy poprosili nas, żebyśmy nie filmowali koszar. ”Ostrzeliwują nas za każdym razem, kiedy telewizja pokazuje, że mamy młodych poborowych”, tłumaczyli. Waldek oczywiście powiedział do mnie: ”Musimy to mieć”. Kiedy czegoś chciał, zawsze stawiał na swoim. Nakręciłem koszary, przeszliśmy sto metrów i zgarnęli nas miejscowi. Zamknęli nas na parę godzin w zakratowanym pokoju, potem zabrali na przesłuchanie i poprosili grzecznie, żebyśmy skasowali materiał. Waldek spojrzał na mnie i mówi po polsku: „Kasuj, ale nie wszystko”.

„Jesteśmy dziennikarzami z Polski, musimy się dostać do Betlejem. Wielkanoc się zbliża, a to jest miejsce urodzenia Jezusa. Chcemy zrobić zdjęcia u sióstr zakonnych, skłamałem. „Widzicie ten czerwony bus? Tam jest koptyjski duchowny. Pogadajcie z nim. Jeśli zgodzi się was zabrać, to o niczym nie wiemy”. Waldek z nim porozmawiał, pewnie nakłamał, bo nigdy prawdy nie mówiliśmy, i wjechaliśmy.”

Naprawdę ciężko mi polubić Milewicza. Ale nie to było celem napisania tej książki. To pomnik ukazujący prawdziwego człowieka. Praca Honoraty Zapaśnik przyczyni się do tego, by pozostał zapamiętany takim jakim naprawdę był.
W moim odczuciu do książki najwięcej wnoszą wypowiedzi córki Milewicza – Moniki, oraz byłej żony Anny. Waldemar będący kobieciarzem, niejednokrotnie ją zdradzał, a ostatecznie związał się ze znacznie młodszą Agnieszką, która współpracowała przy realizacji jego programów. Niestety w książce nie znajdziemy jej wypowiedzi. Wspomnienia Moniki i Anny są za to pełne ciepła, ale niepozbawione krytycyzmu:

„Głównie tata prowadził, bo nie lubił oddawać nikomu kierownicy, chociaż sam był złym kierowcą. Był porywczy, przekraczał prędkość, łatwo dawał się sprowokować. W Polsce często miał stłuczki. Kiedyś w Warszawie  z kimś się ścigał i zajechał tej osoby drogę. Musiał zatrzymać się na światłach, wtedy z drugiego samochodu wysiadł kierowca, podszedł do nas, otworzył drzwi od strony pasażera i zobaczyłam pięść. Po chwili mój tata dostał w twarz.”

„Tata mówi, że „dzieci i ryby głosu nie mają”. Jeśli rodzice o coś pytają, wtedy odpowiada. Jeśli nie, siedzi przy stole cicho. Kiedy zdarza jej się coś powiedzieć bez pytania, Waldemar spogląda na nią tak przeżywającym wzrokiem, że ona od razu milknie. Ojciec uważa, że na wypowiadanie się w sprawach dotyczących dorosłych córka jeszcze będzie miała czas.
(…)
– Waldek nie był tatą, który podejdzie do dziecka i je przytuli – mówi  Krystyna Zagajewska. – zawsze miał wobec Moniki duże oczekiwania. Nie można mu było zwrócić uwagi, bo był bardzo kategoryczny. Miało być tak, jak on chciał, bo to jego dziecko. Nam Monika była bardzo bliska, więc nie mogliśmy tego zrozumieć.
(…)
W drugiej klasie podstawówki dostałem czwórkę z jakiegoś przedmiotu i dla ojca był to koniec świata. Nakrzyczał na mnie i kazał mi poprawić stopień. Potem wybrał się do dyrektora na rozmowę. Chciał wiedzieć przycinek coś się dzieje, czy powinnam pójść na korepetycje. Była to przesadzone reakcja, po przeważnie miałam bardzo dobre oceny. Nie wiem, dlaczego taki był.”

Ale to nie trudny charakter doprowadził Waldemara Milewicza do śmierci. Musiał zginąć, ponieważ nie potrafił się zatrzymać w pogoni za coraz mocniejszym materiałem. To było uzależnienie.

„Samochód przyjechał po nas od tyłu i udało nam się wsiąść do środka. Zaczęliśmy uciekać, jadąc tyłem. Bandyci biegli za nami. W końcu straciliśmy ich z oczu. „Uff… Już po wszystkim, udało się”, powiedział Waldek. „Dlaczego tutaj przyjechaliśmy?!”, oburzał się tłumacz. „ Mówiłem, że jest niebezpiecznie”. To była prawda, ale my tam byliśmy, bo coś się działo. Dzięki temu mieliśmy świetne zdjęcia, które trzymały w napięciu.”

Z jednej strony Milewiczem kierowało pragnienie przekazywania informacji. Był w tym jednak element tak zwanego „parcia na szkło”:

„- Chciał jeździć tam, gdzie jest ciekawie i niebezpiecznie –  uważa Robert Góralczyk. – z jednej strony wiedział, że dzięki temu zarobi pieniądze, bo ważne wydarzenia pojawiają się na początku wiadomości, a za jedynkę i dwójką płacą więcej niż za tematy poboczne. Tych wejść na antenę wtedy też jest sporo. Z drugiej strony dzięki temu stał się rozpoznawalny. Ludzie zaczęli go kojarzyć.”

„Wszyscy się śmialiśmy, poza Waldkiem, naturalnie. Nie znosił krytyki, źle ją przyjmował, śmiać to się mógł on z innych, nie inni z niego!”

Gdy dowiadujemy się jak wyglądały kulisy pracy Milewicza, możemy jedynie dziwić się, że nie zginął szybciej:

„W Groznym było spokojnie, a to niedobrze dla dziennikarzy. W końcu zobaczyliśmy, że na ziemi leży ktoś zabity. Równocześnie powiedzieliśmy do kierowcy: „Zatrzymujemy się i robimy zdjęcia”. Wysiedliśmy z auta, zbliżyliśmy się do ciała, ale ten mężczyzna wyglądał normalnie, nie był widoczny sposób okaleczony. „Eee, jest cały, jedziemy dalej”, stwierdziliśmy.
(…)
Wszyscy im się dziwili, bo byli na okrągło bombardowani. Milewicz nie przejął się ostrzeżeniami. „ Pojedziemy tam i zobaczymy, co jest grane”, powiedział do mnie. Ale cały czas słychać samoloty, wybuchy, tam jest teraz piekło, odpowiedziałem. „To po co tu przyjechałeś, skoro się boisz?”. Mówię mu: słuchaj, chyba tylko idiota by się nie bał. ”Golnij sobie pół szklaneczki whisky, ja to już zrobiłem”. Posłuchałem go.”

Na koniec przywołam słowa byłej żony Milewicza, które najlepiej pokazują, że śmierć była jedynie kwestią czasu:

„Zdawałam sobie sprawę, ile ta praca go kosztuje fizycznie i psychicznie. Miał coraz większe problemy z sercem, stał się bardziej zestresowany, mniej cierpliwy. Dla odprężenia sięgał po alkohol. Nieraz z nim o tym rozmawiałam. Chciałam, żeby skończył z wyjazdami, ale dla niego ta praca była zbyt ważna. Czuł się spełniony, robiąc reportaże. Nie umiał wszystkiego postawić na ostrzu noża.
(…)
Powtarzałam mu, że powinien na siebie uważać, bo wiedziałam, że będzie niepotrzebnie się narażać. Chociaż nie miał silnej psychiki, to zawsze żył na krawędzi, był zdeterminowany, żeby przywieźć dobry materiał. Wszyscy operatorzy bali się z nim jeździć. Doszło do tego, że praktycznie już nikt z nim nie chciał pracować. Rozumiał to, wiedział, że boją się narażać życie.”

Jak już pisałem – biografie pomagają nam rozumieć innych ludzi. Nie wiem czy w tym wypadku w pełni zrozumiemy co stało za motywacjami Waldemara Milewicza, które wciąż kazały mu ryzykować. Jego śmierć wstrząsnęła wszystkimi i zmotywowała do zadania ważnych pytań, m.in. o granice pracy dziennikarskiej. Teraz po latach mamy możliwość poznać Milewicza dokładniej niż dotychczas. Honorata Zapaśnik wykonała ważną pracę, w sposób szczery, dokładny i rzetelny. Dołożyła swoją cegiełkę (ponad 400 stron) do tego, że choć sam Waldemar Milewicz zginął, to pamięć o nim przetrwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s