Dlaczego w Kanadzie płoną kościoły? / „27 śmierci Toby’ego Obeda”, Joanna Gierak-Onoszko [ 68 | 2022 ]

atypowa ocena: 9/10

DLACZEGO W KANADZIE PŁONĄ KOŚCIOŁY?

Uwaga! Nie dajcie się zwieść tej uroczej, nieco zabawnej okładce. W reportażu „27 śmierci Toby’ego Obeda” nie ma nic uroczego ani zabawnego. Dla wielu Kanada zdaje się być synonimem Ziemi Obiecanej. Kojarzy się z dziką przyrodą, ciszą, dobrobytem oraz przyjaznymi i tolerancyjnymi ludźmi. Gdy jakiś czas temu w rodzimych mediach, zaczęły pojawiać się informacje o licznych podpaleniach kościołów, mogliśmy być zaskoczeni, ponieważ nie przystawało to do naszych wyobrażeń na temat Kanady. Po lekturze tej książki – choć oczywiście nie popieram tego – zrozumiałem dlaczego płoną tam kościoły. Jest to forma wołania o sprawiedliwość.

Joanna Gierak-Onoszko zabiera nas do innej Kanady, niż ta, którą znamy z pocztówek. Uważam, że każdy powinien się w tę podróż wybrać, choć czuję, że niejeden nie zdoła dotrwać do jej końca. Skończyłem czytać tę książkę kilka dni temu, a nadal jestem „emocjonalnie wypruty”. Nie do końca wiem co mogę dobrego zrobić ze zdobytymi informacjami, które miażdżyły mnie strona po stronie. Nie przypominam sobie innej lektury, która budziła we mnie tak ambiwalentne odczucia. Od dłuższego czasu wiedziałem, że muszę zmierzyć się z tym reportażem, a jednocześnie nie chciałem tego robić. To co działo się w Kanadzie przez dziesięciolecia łamie moje serce. Trzeba o tym głośno mówić, nawet jeśli jesteśmy w stanie robić to jedynie łamiącym się głosem.

Dziś trzeba zapłakać razem z cierpiącymi, z nadzieją, że z wybaczeniem przyjdzie też lepsze jutro. Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy opowieść o tym, co działo się w prowadzonych przez kościoły szkołach z internatem, jest rozdrapywaniem ran i posypywaniem ich solą, czy może początkiem procesu uzdrowienia. Na jakim etapie jest Kanada? Podczas pisania tej książki autorce przyświecał konkretny cel:

„Książka jest próbą zrozumienia nie tylko tego, co się w Kanadzie wydarzyło – ale i tego, co przyszło potem. Jak działają mechanizmy pozwalające krzywdzić jednych, a rozgrzeszać drugich? Kto i z jakiej przyczyny czynił zło, a kto się na to milcząco godził? Ale byłam ciekawa nie tylko tego, co już się dokonało – interesowało mnie także, jak Kanada niesie to doświadczenie, jak chce sobie z nim poradzić. Skąd wziąć siłę, by spojrzeć w lustro? Jak dziś mówić o bliznach i nienaprawialności krzywd? Czy jakiekolwiek gesty i jakiekolwiek kwoty zmażą tamte winy? Czy pojednanie jest utopią, czy twardym procesem, trudnym dla wszystkich stron? Choć droga do niego jest nierówna i pełna zakrętów, Kanada nie tylko wytyczyła szlak, ale i odważyła się na niego wkroczyć. To doświadczenie nieprzyjemne, raniące i często nieudane – jednak czy ktoś w takiej sprawie zdobył się na więcej niż dzisiejsi Kanadyjczycy? „The world needs more Canada” to nie tylko slogan, który jest wszechobecny na gadżetach i reklamówkach w kanadyjskich sklepach. To także zachęta, by do win uniwersalnych, grzechów powszechnych, przymierzyć sprawdzone kanadyjskie narzędzia: empatię, otwartość i gotowość do spojrzenia na rzeczywistość taką, jaka jest, a nie taką, o jakiej roimy. Nie zawsze działają, ale lepszych nie mamy.”

KANADA NIE ODWRACA JUŻ OCZU

Na pewno pierwszym krokiem na drodze do wybaczenia i uzdrowienia jest dostrzeżenie problemu i nazywanie rzeczy po imieniu. Winni muszą uznać swoją winę i prosić o przebaczenie. Pokrzywdzeni mają wtedy wybór, i jeśli zdecydują się wybaczyć, pojawia się nadzieja na zdrowe relacje. Tutaj możemy czerpać lekcję od Kanady, ponieważ w wielu przypadkach – jak zatytułowała zbiór swoich reportaży Justyna Kopińska – Polska odwraca oczy”. Przez lata Kanada robiła to samo, ignorując krzywdę dotykającą dzieci:

„Nie da się nie wiedzieć, więc przez te wszystkie lata Kanadyjczycy wiedzieli. Nie wiedziała tylko Kanada.”

Niestety nie mówimy tu o odosobnionych przypadkach. Mówimy o systemowym znęcaniu się nad olbrzymią ilością dzieci, wywodzących się ze społeczności rdzennych mieszkańców ziem, które dopiero stosunkowo niedawno stały się Kanadą (w 2017 roku obchodzono 150-lecie państwowości). Państwo prowadzenie szkół z internatem zlecało najczęściej kościołom. Dzieci odbierano „dzikusom”, a wieloletnia, całodobowa indoktrynacja miała tworzyć „nowych, cywilizowanych obywateli”. I choć niesprawiedliwością byłoby odmawianie dobrych intencji i zaangażowania w tę misję wielu dobrym ludziom, to poraża jednak skala nieprawidłowości czy wręcz systemowo zadawanych cierpień w wielu z takich szkół:

„Dziś wiadomo, że takich szkół naliczono sto trzydzieści sześć. Zamknięto w nich co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy dzieci.”

Przez całe dziesięciolecia, dziesiątki tysięcy dzieci były pozbawiane kontaktu z rodziną, troski i miłości. Już to jest zbrodnią samo w sobie, ale niestety ponadto były one zastraszane, bite, maltretowane psychicznie i fizycznie oraz wykorzystywane seksualnie. Kanada odwracała oczy, a gdy ktoś próbował o tym mówić, często sam ponosił bolesne konsekwencje swojej odwagi:

„W 1905 roku lekarz Peter Bryce odwiedził kilkadziesiąt szkół z internatem. W raporcie zatytułowanym Historia zbrodni narodowej opowiedział o szkołach, w których umierało blisko trzy czwarte zakwaterowanych tam dzieci. Średnio w skontrolowanych placówkach śmiertelność wynosiła dwadzieścia pięć procent. Raport nie został podchwycony, opublikowała go tylko jedna gazeta. To wystarczyło, by doktor stracił pracę na uczelni, a jego alarmujące statystyki zostały na długo pogrzebane.”

O zgrozo nie mówimy tu o jednej czy dwóch szkołach, gdzie dochodziło do nadużyć w przeciągu kilku lat. Krzywda wyrządzana dzieciom była ogromna, zarówno jeśli chodzi o to co je spotykało, jak i skalę oraz czas trwania tych działań:

„Komisja uważa, że prawo do odszkodowania za bycie ofiarą ataku seksualnego przysługuje średnio co drugiemu dziecku, które zamknięto w takiej szkole. Na razie pieniądze otrzymało blisko osiemdziesiąt tysięcy dawnych uczniów. Ale trafiają tylko do tych, którzy jeszcze żyją.”

OCALENIEC ZNACZY „JESTEM PO KOŚCIELNYM INTERNACIE”

Skala zbrodni, na które przez długi czas państwo przymykało oczy, przywodzi na myśl cierpienia jakie dotykały ludzi podczas Holocaustu. Nie chodzi tu o porównywanie krzywdy. To co działo się w Kanadzie obnaża po prostu przykrą prawdę o ludzkiej naturze. Podobne demony dały o sobie znać w tym samym czasie, choć w innych rejonach świata. Stąd w Kanadzie określenie „ocaleniec” nabrało innego znaczenia, niż przywodzi nam na myśl w Polsce:

„Nasza część świata jest zanurzona w pamięci Holocaustu i mamy słowa klucze, które próbują ją pomieścić. Do niedawna także w Kanadzie survivor oznaczał człowieka, który przeżył Shoah. Ale czasy się zmieniają – teraz survivor to coraz częściej ten, który przeżył prowadzoną przez Kościoły szkołę z internatem. „Jestem ocaleńcem” to już prawie to samo, co „jestem po kościelnym internacie”.

Kilka lat temu miałem okazję odwiedzić na chwilę Kanadę, przy okazji zwiedzania wodospadu Niagara. Spacerowałem po Toronto i nie miałem zielonego pojęcia o tym, z czym mierzy się ten naród. A był to już czas ożywionej debaty i rozliczeń (zarówno z przeszłością jak i wypłacania odszkodowań ocaleńcom). Kanada okazuje się być państwem pełnym paradoksów:

„Mamy luksus dostępu do czystej i bezpiecznej wody pitnej. Mówię ci o luksusie i nie jest to przenośnia. Kanada, kraj paradoksów, ma najwięcej słodkowodnych jezior na świecie i jest największym rezerwuarem wody pitnej na Ziemi. Jednocześnie wciąż wiele społeczności jest jej pozbawionych. Najczęściej są to członkowie Pierwszych Narodów, odizolowani od świata i infrastruktury. Wodę dowozi się tam beczkowozami (jeśli jest jakaś przejezdna droga) lub wielokrotnie gotuje (jeśli innego sposobu nie ma). Co jakiś czas rząd z dumą ogłasza: po dwudziestu kilku latach znieśliśmy zakaz spożywania wody w tym i tym rejonie. Moja rodzina żyjąca w jednym z najbogatszych państw świata w XXI wieku może cieszyć się wodą zdatną do picia. Korzystamy z tego, co daje miasto.”

PRAWDA, KTÓRA NIE NADAJE SIĘ DO LAJKOWANIA

Reportaż Joanny Gierak-Onoszko wgniótł mnie w ziemię. Wiem, że niejedna osoba nie była w stanie przeczytać „27 śmierci Toby’ego Obeda” do końca. Podziwiam autorkę za to, że udźwignęła tak wielki ciężar krzywdy, brudu i łez, i zdołała przekuć to całe zło, w naprawdę dobrze napisaną książkę. Oddała głos tym, którzy chcą opowiedzieć nam prawdę o Kanadzie:

„Poprzecinano łączące nas sznurki. Szkoły z internatem zniszczyły całą naszą społeczność. Nigdyśmy się nie podnieśli. Ekscytujecie się modą na Kanadę, bo patrzycie na nią przez kolorowe skarpetki naszego nowoczesnego premiera. Ale prawda mniej nadaje się do lajkowania.”

Jaka jest ta prawda? Szokująca i bolesna. Bulwersująca i osłabiająca zarazem:

„W kraju, który uważa się za obrońcę praw człowieka, bastion tolerancji i otwartości, konfrontacja z tą lekturą była szokiem. Wynotowuję imiona niektórych dzieci, które zostały skazane na szkoły. Po Fredericka Ernesta Koego przyjechał anglikański duchowny i policjant konny. Chłopiec nie zdążył się nawet pożegnać z tatą, nie mógł po raz ostatni pogłaskać psów. Małą Malene Kayseas zabrano ciężarówką pełną dzieci, ale za to pozbawioną choćby jednego okna. Larry Beardy został przydzielony do szkoły tysiąc dwieście kilometrów od domu, dzięki czemu nie musiał się łudzić, że ktoś go kiedykolwiek odwiedzi. Niekiedy rodziny wiedziały, co je czeka, i miały czas się pożegnać, a nawet przygotować. Matki i babki szykowały dzieciom nowe, wyjściowe ubrania. Tygodniami wyszywały koralikami mokasyny i kubraki, całą wyprawkę, z której maluchy mogły być dumne i która miała przypominać im o domu. Kobiety nie wiedziały, że ubrania zostaną dzieciom na wejściu odebrane i od razu na ich oczach wrzucone do śmietnika albo pieca.
Imiona dzieci w oczach opiekunów nie zasługiwały ani na pamięć, ani na szacunek. W kanadyjskich szkołach z internatem personel nie kwapił się, by je zapamiętywać, szczególnie jeśli wywodziły się z języków narodowych, jak Waaseyaa (Pierwszy Promyk), Bawaajige (Marzenia) czy Myeengun (Mały Wilczek). Dlatego zazwyczaj dzieciom zabierano z grzbietów koszule uszyte maminą ręką oraz imię, a dawano numer porządkowy. Numerami nie tylko operowano w dokumentacji, ale zwracano się tak do dzieci. Numery naszywano też na ubranie. Czasem co rok się zmieniały, bo dzieci rosły i przekazywały ponumerowaną odzież następnym. A także dlatego, że jedne dzieci przyjeżdżały, a inne opuszczały szkołę albo po prostu umierały. Niekiedy numer zastępował imię na kolejnych kilkanaście lat.”

KRZYWDZENI KRZYWDZĄ INNYCH

Czy porównanie do Holocaustu jest nie na miejscu? Wielokrotnie w trakcie lektury tej książki chciało mi się płakać. Tobie pozostawiam decyzję czy podejmiesz próbę zmierzenia się z tą tragiczną codziennością tysięcy dzieci. Joanna Gierak-Onoszko stworzyła dla nas przestrzeń, gdzie możemy usłyszeć prawdę. O tym co się działo opowiadają ci, którzy po latach wciąż dokładnie wszystko pamiętają (choć bez chwili zastanowienia zrezygnowaliby z oferowanego przez państwo zadośćuczynienia, gdyby tylko mogli cofnąć czas albo chociaż otrzymać pigułkę wymazującą wspomnienia):

„Wiele szkół urządziło specjalne pomieszczenia, które dziś nazwalibyśmy miejscami kaźni. To tam przykuwano dzieci łańcuchami do drewnianych prycz albo skuwano im ręce i nogi kajdankami. Kiedy nie mogły się ruszyć, bito je pejczem o wielu ogonach albo klasycznie, prostym pasem. W przepełnionych budynkach warunki były trudne, nie zawsze udawało się urządzić specjalne pomieszczenie. Dlatego dzieci więziono i kaleczono zarówno po piwnicach, jak i w zwykłych schowkach na szczotki. Obowiązywał system kar. Za zabawę śnieżkami nie w porę – bicie kijem hokejowym po dłoniach. Za list ze skargą do rodziców – łańcuch. Za niewykonywanie poleceń – głodówka. Raport Komisji Prawdy i Pojednania pokazuje, że w szkołach pielęgnowano własne, lokalne tradycje. W niektórych przyjęło się na przykład, że dzieci stały lub siedziały na mrozie lub śniegu w lekkich ubraniach. W innych dorastającym chłopcom kazano stać lub klęczeć przed wszystkimi z opuszczonymi spodniami. Na co dzień starsze dzieci po prostu zwyczajowo lano pasem albo odbierano im dostęp do jedzenia i picia.”

Nie jesteśmy w stanie określić dokładnej liczby ofiar tej trwającej latami zbrodni. Nigdy się już tego nie dowiemy. Trzeba jednak o tym opowiadać, aby się to więcej nie powtórzyło. Tak jak napis na Westerplatte głosi „Nigdy więcej wojny”, tak „27 śmierci Toby’ego Obeda” jest wołaniem o sprawiedliwość:

„Na początku XX wieku gruźlica była sposobem regulowania populacji w internatach. Koce, których używały zakażone dzieci, przekazywano kolejnym uczniom. Jedna z placówek wyliczyła, że siedemdziesiąt procent wychowanków przyjętych pod jej dach zmarło z powodu gruźlicy. Ale to wyjątek, bo w tamtych czasach w szkole umierało średnio co trzecie dziecko. Dokładnych danych brak. Dokumenty komisji mówią o setkach tysięcy zniszczonych teczek personalnych – badacze ustalili, że spalono piętnaście ton papieru.”

Reportaż Joanny Gierak-Onoszko jest brutalnie szczery. Nie chodzi o to, że autorka chce nas szokować i sięga po najdrastyczniejsze formy wyrazu. Bynajmniej. Odniosłem wręcz przeciwne wrażenie – są momenty, w których to co najbrzydsze nie zostało „wypowiedziane na głos”. Szczerość rozumiem tu jako zwrócenie uwagi czytelnika na to, że choć opisywane krzywdy dotyczą przeszłości, to ich konsekwencje są niestety wciąż bardzo aktualne. Krzywdzeni krzywdzą innych. Przyzwolenie na zbrodnie w przeszłości, owocuje zbrodniami w przyszłości. Trwamy w spirali zła:

„Raport pokazujący systemowe krzywdy wobec rdzennych kobiet ma ukazać się w 2019 roku, na parę miesięcy przed dniem, w którym Kanadyjczycy zdecydują o losie rządzących. Tymczasem organizacja kobieca YWCA podaje, że w Kanadzie notuje się rocznie czterysta sześćdziesiąt tysięcy napaści o charakterze seksualnym. Ponad tysiąc kobiet dziennie pada ofiarą przemocy seksualnej. Z tysiąca takich spraw tylko trzydzieści trzy zostają zgłoszone. Zarzuty stawia się tylko w dwunastu przypadkach, jedynie trzy zakończą się wyrokiem. Oznacza to, że na każdy tysiąc przypadków przemocy seksualnej dziewięćset dziewięćdziesięciu siedmiu sprawców nie poniesie kary.”

CZY WYBACZENIE POWINNO MIEĆ GRANICE?

Kanada jest w procesie rozliczania się ze swoją trudną przeszłością. Stawienie czoła prawdzie jest pierwszym krokiem na drodze uzdrowienia. To czego potrzebuje, aby wyrwać się z beznadziejnej spirali wciąż powtarzanego i przekazywanego zła, jest wybaczenie. Trudno jednak o nie, gdy krzywdzący wcale nie zamierzają o nie prosić. To – w moim odczuciu, po lekturze tego reportażu – jest aktualnie największym problemem Kanady. Oprawcy (choć coraz bardziej schorowani i zniedołężniali) wciąż nie potrafią zdobyć się na skruchę i szczere „przepraszam”:

„Kary nie poniesie żaden z katolickich księży. Louis Knapaysweet, który opuścił bielutkie ściany katolickiej szkoły z internatem imienia Świętej Anny równo pięćdziesiąt osiem lat temu, zastanawia się nad tym każdego dnia. Nie może pojąć, że na dzieciach dokonano zbrodni bez kary. Nachyla się do mnie i mówi: – Jeśli jesteś z Polski, to może mi to wytłumaczysz. Jak katolicki papież może się na to godzić? Jak może nas nie przeprosić? Wszyscy papieże po kolei umywali ręce. A przecież każdy z nich miał chyba dostęp do Biblii? Powiedz mi, co w tej Biblii jest takiego, że zabrania Kościołowi powiedzieć: przepraszam?”

Osobiście wierzę w radykalne wybaczenie, nie stawiające granic. Ktoś mądrzejszy ode mnie stwierdził kiedyś, że ten kto nie wybacza podobny jest do człowieka, który pije truciznę, z nadzieją, że zaszkodzi ona jego wrogom. Pielęgnowany żal, złość, pragnienie zemsty – to wszystko bardziej szkodzi nam. Wybaczenie jest momentem uwolnienia i początkiem uzdrowienia. Dlatego uważam, że wybaczenie, służy nieraz bardziej nawet temu, który się na nie zdobył, niż temu, który o nie powinien zabiegać.

Czy wybaczenie ma granice? Czy powinno mieć? Ludzie mają różne zdanie na ten temat. Ja wierzę w radykalne wybaczenie, które nie stawia granic. Czerpię tu naukę od Jezusa. On uczy nas modlić się: ”I odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom” (Mt 6:12). A dalej dopowiada jeszcze: „Bo jeśli wybaczycie ludziom ich upadki, i wam wybaczy wasz Ojciec w niebie. Jeśli jednak nie wybaczycie ludziom, to wasz Ojciec nie wybaczy i wam waszych upadków” (Mt 6:14-15). A najważniejszą lekcję dał nam na krzyżu Golgoty, gdy umierając wstawia się do Boga za swoimi oprawcami:  „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”(Łk 23:34 ).

Dlatego uważam, że nasze wybaczenie nie powinno stawiać granic ani warunków. Niewątpliwie dużym problemem w omawianym przypadku Kanady jest jednak to, że oprawcami byli w dużej mierze ci, którzy po pierwsze sami powinni innych uczyć słów i postawy Jezusa, a po drugie – ciężko powiedzieć o nich, że nie wiedzieli co czynią. Wielu Kanadyjczyków nie może pogodzić się właśnie z tym, że choć nie można już kwestionować niezaprzeczalnej krzywdy, jaka spotkała tysiące dzieci w szkołach prowadzonych przez kościół, to jednak wciąż nie doczekali się oficjalnych przeprosin. Choć skruchę okazali poszczególni księża, to jednak papież, ani inni hierarchowie kościoła katolickiego nie zdobyli się na oficjalne przeprosiny:

„Po tym wszystkim, co go spotkało, Michael nie może się modlić. – Nie należę do żadnego Kościoła, nie mam żadnego wyznania. Długo byłem bity. Nie chcę tej przemocy oddawać innym ludziom. Zamiast tego próbuję na nowo połączyć się z tym, kim byłem, nim zamknięto mnie w szkole. Cały czas uczę się kri, swego ojczystego języka. Chodzę na nasze ceremonie, niektóre sam urządzam. Zdrowieję. Wiem, że nigdy nie pokonam demona, którego wpędzili we mnie duchowni, ale teraz umiem już go kontrolować. Marzę o tym, żeby to trwało jak najdłużej. Wierzę w mojego Stworzyciela, ale w żaden Kościół już nie uwierzę. Trzeba to jasno powiedzieć: dopóki katolicki papież nie uzna win Kościoła i nie przeprosi, nie ma mowy ani o prawdzie, ani o pojednaniu. Skoro tu jesteś, wytłumacz mi, dziewczyno z katolickiego kraju, jak można nie przepraszać? Jak można popierać ludzi, którzy robili dzieciom takie rzeczy?”

Tu muszę jedynie dodać do wcześniejszych słów, że choć wyznaję radykalne – bezgraniczne i bezwarunkowe – wybaczenie, nie jest to tożsame z rezygnowaniem ze sprawiedliwości. Wybaczenie nie powinno wykluczać konsekwencji działań. Wybaczenie odbywa się w sercu i umożliwia nowy początek – jest początkiem drogi uzdrowienia. Nadal jednak pozostaje otwarta kwestia zadośćuczynienia. Nie widzę sprzeczności w tym, że choć dojdzie do skruchy i wybaczenia, to sąd dalej będzie zajmował się daną sprawą. Jestem przekonany, że Kanada potrzebuje sprawiedliwości, ale jeszcze bardziej potrzebuje wybaczenia.

REPORTAŻ PRAWIE IDEALNY

„27 śmierci Toby’ego Obeda” zostanie z Wami na zawsze. Tej książki nie da się zapomnieć. Może uda nam się wyprzeć pewne brutalne szczegóły, jednak to zło, które wypaliło piętno na życiu tysięcy Kanadyjczyków, zmieni w jakimś stopniu także nas. Choć Joanna Gierak-Onoszko nie szczędząc nam okrutnych detali cierpienia, sprawia, że nasze oczy często się szklą, to nawet zapłakani nie powinniśmy przeoczyć, że trzymamy w dłoniach reportaż wybitny. To jedna z lepszych książek jakie miałem okazję czytać. Barwny język, struktura, użyte ilustracje, kunszt stopniowania napięcia, balans między opisywaniem tego co było, i tego co jest – jednym słowem: majstersztyk. Życzę sobie i wam więcej lektury na tym poziomie. Dlatego na mojej liście znajduje się już kolejna książka wydana przez „Dowody na Istnienie” w ramach serii reporterskiej: Hector Tobar, „Ciemność”.

Jeśli miałbym zgłosić jedno, mikroskopijne „ale”, które mogłoby jeszcze udoskonalić książkę Joanny Gierak-Onoszko, to byłoby to dodanie ilustracji. Kilkakrotnie autorka odwołuje się w swoim reportażu do konkretnych zdjęć, plakatów, obrazów. Opisuje je bardzo sugestywnie, pomagając nam wyobrazić sobie to, co sama miała przed oczyma:

„Jedno ze zdjęć towarzyszy mi przez całą tę opowieść. To portret rdzennej dziewczynki. Dziecko na fotografii ma kilka lat, sześć, może siedem. Wbrew perspektywie kochających rodziców tak naprawdę nie wszystkie dzieci są ładne. Ale dziewuszka ze zdjęcia jest śliczna. Regularne rysy, trójkątna buzia, wielkie migdałowe oczy w czarnej oprawie. Małe, wykrojone usteczka złożone w ciup. Ślicznotka. Słodycz. Maleństwo. Dziewczynka patrzy w obiektyw przestraszona i skupiona. Ma na sobie uroczystą sukienkę, może fartuszek. Na piersiach zawieszono jej krzyżyk na długim rzemieniu. W rękach trzyma książeczkę, prawdopodobnie do nabożeństwa. Oto dziecko przeznaczone do modlitwy i posłuszeństwa, modelowa uczennica szkoły z internatem, owoc transformacji. Co się z tobą stanie, dziewczynko?”

Nie należę do tych, którzy potrzebują ilustracji, aby cieszyć się lekturą książki. W tym przypadku jednak, uważam, że załączenie kopii omawianych zdjęć, oraz zamieszczenie kilku map, przysłużyłoby się jeszcze lepszemu zrozumieniu i odbiorze treści, choćby wśród czytelników słabo zaznajomionych z geografią Kanady. Niczego to jednak nie zmienia w mojej ocenie. To kawał świetnej i rzetelnej pracy reporterskiej, przed którą chylę czoła.  

Zdecydowanie polecam Wam lekturę „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Czytajcie i płaczcie. Oby w przyszłości tego typu wydarzenia były wspominane jedynie w czasie przeszłym.

2 odpowiedzi na “Dlaczego w Kanadzie płoną kościoły? / „27 śmierci Toby’ego Obeda”, Joanna Gierak-Onoszko [ 68 | 2022 ]”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: