Swoista spowiedź pisarza / „Żółte światło”, Jerzy Pilch [ 78 | 2022 ]

atypowa ocena: 6/10

To moje nie pierwsze podejście do prozy Pilcha. Jeszcze w okresie studiów ktoś mi go szczególnie rekomendował ze względu na wyznanie. Poczułem się wręcz w obowiązku jako niekatolik, by sięgnąć po książki tak cenionego ewangelickiego pisarza. Było to jednak na tyle dawno temu, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie nawet tytułów przeczytanych pozycji, nie mówiąc o ich treści. Pamiętam jedynie, że coś w prozie Pilcha mi zgrzytało na tyle, że po kolejne książki nie sięgałem przez całe lata.

Czy coś się zmieniło w moim odbiorze? Muszę przyznać, że po „Żółtym świetle” ciężko zebrać mi myśli. Czy to dobra książka? Bezpieczniej byłoby stwierdzić, że to dobrze napisana książka. Nadal jednak coś mi u Pilcha „nie pasowało”.

Wiem, że jedni wychwalają go pod niebiosa , gdy drudzy, w tym samym czasie, nie mogą go zdzierżyć. Mi „Żółte światło” czytało się dobrze, choć to książka na wskroś smutna. Nie mogę się pozbyć odczucia, że Pilch znacznie lepiej radził sobie ze słowem niż z życiem.

CZY (NIE)WINNY SIĘ TŁUMACZY ?

Dziwna to książka. Niby to powieść pełna fikcji, a jednak aż nazbyt czytelne jest, że Pilch pisze długimi fragmentami autobiografię. Zestarzał się i znajduje w sobie (momentami wręcz perwersyjną) potrzebę tłumaczenia się. Rzecz w tym, że ciężko rozgraniczyć co jest wspomnieniem, a co fikcją. Co zmyślnie ukutą fantazją, a co przeinaczoną prawdą. Gdzie kończy się Ariel Poschulak, a gdzie zaczyna Jerzy Pilch? Tak wiele ich łączy, że ciężko zorientować się co ich różni.

„Historia ta jest opowieścią o różnicy wieku i wszelkich wynikających stąd konsekwencjach. Jest trudną lekcją pisania, bo wątki ściśle autobiograficzne sąsiadują tu z zupełnie fantastycznymi, trzeba dokładnie uzgodnić tonację, a to jest tylko dla lekkomyślnych autorów łatwe.”

W sieci nie znajdziemy zbyt wiele informacji o życiu prywatnym Jerzego Pilcha. Cenił sobie swoją prywatność, a jednak w „Żółtym świetle” żali się na to, że przez całe życie musiał udawać i sam cenzurować swoje książki, by pisząc o prawdziwych wydarzeniach, otoczyć je nimbem fikcji. Przepraszam, to nie autor narzeka, a Ariel Poschulak, który – tak się złożyło – również jest pisarzem, i również miał trudne relacje ze swoimi rodzicami, i również się rozwiódł, a następnie związał z przeszło 40 lat młodszą kobietą. Z tego wszystkiego Ariel się tłumaczy, a może tłumaczy się Jerzy Pilch. Ciężko jednoznacznie to stwierdzić. 

„Wybierał literaturę – zdawało mu się, że z tego festynu poszkodowanych nikt go nie wyrzuci. Książkami nikt z domowników specjalnie się nie interesował i Ariel łudził się, że będzie mógł pisać, co zechce. Łudził się, ale i coś przeczuwał: na własną rękę szukał miejsc, które trudne będą do skontrolowania.
Fama, że opisuje swoje strony, swoich krewnych i przodków, ich wybryki i ekscesy, rozeszła się szybko. O dziwo, nie wytykano mu niedostatków literackich, prawdopodobnie nikt tego nie zauważył, najpewniej zaś zgrzebna forma ułatwiała wulgarną lekturę. Wszystko, co napisał, poddane zostało dogłębnej i radykalniejszej niż zwykle kontroli. Jak łatwo się domyślić, rezultaty były żałosne. Ojcu nie podobała się postać ojca, matce postać matki, starce postać starki, itp. Itd. Niezadowolenie pierwowzorów postaci było powszechne, nawet nieboszczycy kręcili zwietrzałymi nosami.”

ŻÓŁTE ŚWATŁO OSTRZEGAWCZE

Żółte światła kojarzą mi się z ostrzeżeniem. Każdy kierowca wie, że to sygnał aby zwolnić i się zatrzymać, albo przygotować się do tego, że zaraz będzie trzeba ruszać. Pojazdy wszelakich służb migają do nas żółtymi światłami ku przestrodze, abyśmy omijali je szerokim łukiem. Zastanawiam się czy w podobny sposób nie ostrzega nas Jerzy Pilch w swojej książce. Nie sposób sprawdzić to u źródeł, bo zmarł w niespełna rok po jej wydaniu, jednak „Żółte światło” wciąż się świeci. I ono mówi do mnie, abym zwolnił, zastanowił się, zatrzymał. Jerzy Pilch (być może przez towarzyszącą mu w ostatnich latach chorobę) zdaje się być życiem znużony. Rozpoczyna od rozważań na temat samobójstwa, a to nigdy nie będzie otwarcie książki kogoś, kto czerpie z życia pełnymi garściami. Co więcej – autor jest tego zupełnie świadomy:

„W czytaniu o samobójstwie jest coś głęboko niestosownego. W pisaniu jeszcze gorzej. Autor zdaje się mówić: byłem tam, znam te stany ducha i te sytuacje; byłem tam, ale dzięki temu, że piszę, ocalałem. Szantaż? Jak najbardziej. Spójrzcie na stronnice zapisane zdaniami, co samośmierć przegoniły. Zdania kruche jak zdania anioła i jak rurociąg twarde. Zdania korespondenta wojennego z frontu wojny o samego siebie jakie mogą być?”

Przez książkę płynie się szybko. Nie do końca wiadomo gdzie zmierza ta quasi-powieść, będąca też swoistą spowiedzią pisarza. Choć jako ewangelik nie przywykł do wyznawania grzechów w konfesjonale, jednak odsłania przed nami to co boli jego duszę. Choć owija to w fikcję i przykrywa warstwami ironii, zdaje się, że potrzebuje pozbyć się kilku – ewidentnie gniotących go od lat – głazów. Jak na tak niedługą książkę dotyka naprawę wiele niełatwych tematów, choć części z nich ledwie sygnalizuje. „Żółte światło” mówi o niełatwych relacjach z rodzicami, o poczuciu winy, o miłości, o wierze, o zmaganiu z chorobą oraz świadomością kończącego się czasu:

„Zdawał się kompletnie nie zauważać, że matka infantylizuje go ile wlezie, ponieważ sama przez to jest wiecznie młoda! Tak jest! Im dłużej trwa jego młodość, a zwłaszcza dzieciństwo, tym ona jest młodsza! Pamiętajcie o tym nieszczęsne ofiary waszych matek! One trzymają was w dziecięcym pokoju, bo póki tam jesteście, działa ich jedyna skuteczna kuracja odmładzająca! Nie miejcie im, na Boga, tego za złe.”

„Być synem żołnierza Wehrmachtu to może jest jakiś dramat, ale być synem żołnierza Wehrmachtu, który milczy jak zaklęty, to komedia niewątpliwa, upadek straszliwy, znikąd ratunku! Wzywasz pomocy – milczenie jest ci odpowiedzią. Na dobrą sprawę z kim byś pogadał? Z kim? Z księdzem jakimś? Wierzący księża to coraz większa rzadkość. Z domorosłym ewangelistą? Z prorokiem samoukiem? Z rabinem?”

„Wiedział, że niczemu nie jest winien, i zarazem czuł, jak wzbiera w nim przypisane mu na wieki poczucie winy. Miał sekrety przed przyjaciółmi, przed przełożonymi, w rzeczywistości nie miał przyjaciół ani przełożonych; z krewniakami nie kultywował relacji, owszem, w zasadzie wszyscy wymienieni traktowali go z ledwo skrywaną wzgardą, co trochę poprawiało sytuację, ale tylko trochę.”

„Dzieliła ze mną życie w sensie najściślejszym, nie rozstawaliśmy się na chwilę. Tym dramatyczniejsze okazywały się chwile, gdy Weronika milkła, zapadała się w sobie, nie było z nią kontaktu. Bałem się wtedy nieludzko. Czego się bałem? Tego co zawsze? Że mnie zostawi? Tego powinienem bać się przede wszystkim, cóż w końcu jest pospolitszego niż młoda kobieta odchodząca od starca? Najpierw ulegająca jego mylącemu i w najlepszym razie krótkotrwałemu urokowi, później niedająca rady jego – w sprinterskim tempie rosnącej – nieporadności. Mało która młodość wie, że starość, z jaką się wiąże, rychło obróci się w teoretycznie żyjące, ale praktycznie już martwe i nadpsute mięso. Kochać to śliniące się, pierdzące, zaszczane mięso?”

Czy Jerzy Pilch zdecydował się na rachunek sumienia? Czy rozmyślając o nieuniknionym końcu, postanowił wejść w rolę mędrca, który zapala „żółte światła” ostrzegawcze? Czy między słowami mówi nam, że niektóre z dróg, które przebył, okazały się ślepe?  

KOPALNIA CYTATÓW

„Żółte światło” to proza wyższej próby. Pilch bawi się słowem. Reguluje tempo narracji, celowo zmieniając jej kierunki aż zakręci się nam w głowie. Po kilku nienajlepszych książkach jakie ostatnio czytałem, proza Pilcha była jak solidny posiłek po długotrwałym karmieniu się zupkami chińskimi. Może był to niekoniecznie ulubiony obiad, niekoniecznie każdy element na talerzu mi pasował – ale na pewno przygotowany ze wszelką starannością.

Książka roi się od pięknie utkanych zdań. Wiem, że w wielu punktach nie zgadzam się z Pilchem. O wielu sprawach myślę zupełnie inaczej. Jednak oddaję mu to, że umie pisać. I choć książka jest smutna, to w wielu jej fragmentach naprawdę potrafiła mnie rozbawić:

„Dziś mieć psa, który nie jest parodią, to hańba? Jak wiadomo przyszłością ludzkości jest parodia – kto mógł przypuszczać, że parodyjny wiek od skracania psiej anatomii się zacznie? Dawniej człowiek miał psa po to, by ten bronił go w razie jakieś opresji. Teraz ma (rzekomego) psa po to, by gnać z nim do weterynarza, gdy atak psiej depresji idzie za daleko. Dziś – niepodobna tak nie pomyśleć – istnieją tylko dwa rodzaje psów: wynaturzone miniatury o zboczeńczych imionach – na przykład Humphrey, Coco, Buddy – i w konspiracji hodowane ludojady, które z czasem obejmą władzę na planecie”.

Znajdziemy tu fragmenty zabawne. Znajdziemy też fragmenty smutne. W końcu, znajdziemy między nimi, bardzo trafne obserwacje dotyczące społeczeństwa:

„Nowych bogów przyjmujemy z ochotą i ostentacją – naprawdę rządzą starzy. Starzy bogowie rządzą, bo znają architekturę naszego strachu.”

Nie jest to książka, która skradła moje serce. Wciąż mi z Jerzym Pilchem nie do końca po drodze. Cenię jednak jego warsztat, i na pewno za jakiś czas zrobię kolejne podejście do jego twórczości. Jeśli coś szczególnie polecacie, to poproszę o wasze rekomendacje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: