Islandia, której nie chcecie znać / „Dom Róży. Krysuvik”, Hubert Klimko-Dobrzaniecki [ 207 / 2026 ]

atypowa ocena: 7/10

Moim marzeniem było wybrać się na Islandię. Dzięki Hubertowi Klimko-Dobrzanieckiemu wcale nie jestem już tego tak pewien.

Szczerze nie pamiętam kiedy ostatnio jakaś lektura mnie tak mocno „przeorała” psychicznie jak „Dom Róży. Krysuvik”. Po zamknięciu  tej książki czuję głęboki, fizyczny wręcz ciężar i sam do końca nie wiem, czy chcę Wam tę pozycję polecać. Z jednej strony doskonale rozumiem, skąd wzięła się dla autora nominacja do Nagrody Literackiej Nike. Hubert Klimko-Dobrzaniecki bawi się słowem w sposób ponadprzeciętny, wykazując się niezwykłą wrażliwością językową. Zabiera nas w podróż nie tylko po surowych krajobrazach, ale również naszych wspomnieniach.

Z drugiej strony to książka niesamowicie chropowata, trudna i miejscami wręcz odpychająca. Są tu fragmenty tak piękne, czułe i poetyckie, że chciałoby się głośno cytować je bliskim, by po chwili przeskoczyć do tak skrajnej wulgarności i dosadności, od której po prostu bolą oczy i zbiera się nam na wymioty.

ISLANDIA NIE JEST KRAJEM DLA STARSZYCH LUDZI

Lektura tej prozy prowadzi do kilku bardzo gorzkich i wstrząsających wniosków.

Islandia zdecydowanie nie jest krajem dla starych ludzi. Opis tego, co dzieje się w tamtejszym domu opieki dla seniorów, jest po prostu zatrważający. Przewracając kolejne kartki, czytelnik fizycznie czuje lepki, duszny zapach uryny i wszechobecnych odchodów. Autor pisze bez najmniejszych ogródek, serwując nam hiperrealizm w najczystszym (najbrudniejszym?!) wydaniu.

„Jest dobrze, coraz bardziej sucho, nogi sinieją, śmierć przychodzi od dołu, ale Eggert jeszcze jakby silny, prosi o pastora, ten już nigdy nie przyjdzie, bo umierać wolno pomiędzy ósmą rano a czwartą po południu, kościół państwowy, pastor jest więc urzędnikiem państwowym z wypłatą państwową, pracuje osiem godzin i jeśli nie chcesz umierać w tych właśnie godzinach, to już nikt profesjonalnie nie przeczyta ci na łożu śmierci „Pan jest dobrym pasterzem”.
Może to zrobić naiwny Polak, z miękkim sercem, wierzący jeszcze w coś tam. Biorę do ręki Biblię, szybko znajduję psalm, czytam. Eggert się uspokaja, a może już całkiem stracił siły, nie, chyba się uspokaja, to jest to, czego chciał, on chciał usłyszeć ten psalm obojętnie z jakich ust, obojętnie z jakim akcentem. Biedak, całe życie płacił podatki, aby utrzymywać instytucję luterańskiego kościoła narodowego, kościoła każdego obywatela, a jakiś jeszcze nie obywatel, nie członek czyta mu to, co powinien mu czytać fachowiec, na którego płacił. Czy takiej reformacji chciałeś, Marcinie, czy takiej reformacji chciałeś, Janie?”

Mając świadomość, że Hubert Klimko-Dobrzaniecki czerpał tu bezpośrednio z własnych doświadczeń z pracy w Rejkiawiku, po prostu nie chce się wierzyć, że w państwie określanym mianem socjalnego raju może być aż tak źle. Były momenty, w których podczas lektury robiło mi się po prostu niedobrze – zwłaszcza przy wątkach dotykających aktów przemocy i gwałtów homoseksualnych w domu starców.

Ludzie w ujęciu autora bywają z natury okrutni, mali i po prostu źli. Porażająca wulgarność i obojętność niektórych postaci odziera człowieka ze wszystkich szlachetnych masek, pokazując brutalne sprowadzenie egzystencji do czystej biologii i cierpienia. Seniorzy przeszkadzają zarówno personelowi jak i swoim rodzinom. Jakże pesymistyczna jest ta wizja.

Książka pokazuje też, że wystarczy zaledwie jedna chwila nieuwagi, jeden fałszywy krok czy ułamek sekundy, by nieodwracalnie złamać życie nie tylko swoje, ale i wszystkich wokół. Zacząłem lekturę od części „Krysuvik”, która pokazuje surowość Islandzkiego życia na prowincji.

NIESPOTYKANA KOMPOZYCJA

Tym, co bezapelacyjnie wyróżnia tę książkę i czyni z niej czytelniczy fenomen, jest jej unikalna, kunsztowna kompozycja. Pierwszy raz trafiłem na lekturę, którą de facto można i należy czytać od dwóch stron – z dwóch przeciwległych okładek. To dwie niedługie mikropowieści („Dom Róży” oraz „Krysuvik”), które choć skrajnie różne pod względem stylu, dynamiki i nastroju, w pewnym momencie w niesamowity, zaskakujący sposób łączą się w jedną, przejmującą całość poprzez postać niewidomej pani Róży.

To genialny zabieg konstrukcyjny. Bardzo chciałbym jeszcze kiedyś zetknąć się z tak przemyślaną formą edytorsko-literacką w innej książce, ale – nie ukrywam – w czymś zdecydowanie mniej przytłaczającym moją psychikę.

WERDYKT

Mówiąc krótko: nie zapomnę tej książki. Przetrwa ona próbę pamięci, choć wcale nie jestem pewien, czy się z tego powodu cieszę. Z jednej strony mógłbym Wam ją gorąco polecić ze względu na świetne fragmenty, niezwykłą formę i odwagę w przełamywaniu tabu. Z drugiej strony szczerze waham się, bo po prostu boję się, że Wy również nie zapomnicie tego, co tu przeczytacie. A naprawdę nie wiem, czy chcecie nosić w sobie to czym dzieli się z nami Hubert Klimko-Dobrzaniecki. Czasami ignorancja bywa błogosławieństwem, którego ta książka bezpowrotnie nas pozbawia…

Dodaj komentarz