Czy mamy zatrute dusze? / „Wolność człowieka gór”, Józef Tischner [ 75 | 2022 ]

atypowa ocena: 6/10

Po lekturze „Wolności człowieka gór” mam dość mieszane odczucia. Zacznijmy od tego, że książka jest nie tylko pięknie wydana, ale do tego naprawdę dopracowana. Niestety w pierwszych wydaniach danych pozycji nagminnie pojawiają się błędy – najczęściej literówki oraz fikuśna interpunkcja. Ta książka jest od nich wolna, a do tego bogato ilustrowana. Co kilka stron natrafiamy na przepiękne zdjęcia górskich pejzaży, które przenoszą nas myślami w miejsca tak bliskie Tischnerowi. Ponadto redakcja wyłuskała z poszczególnych tekstów kluczowe myśli i wyróżniła je poprzez powtórzenia na marginesie. To wszystko sprawia, że po książkę sięga się z dużą przyjemnością. Co jednak sprawia, że moje odczucia określiłem jako mieszane? Gdzie łyżka dziegciu w tej beczce miodu?

Józef Tischner „wielkim Polakiem był”. Ciężko to kwestionować, choć można różnie oceniać jego zaangażowanie polityczne. Począwszy od lat siedemdziesiątych, gdy wprowadził do filozoficznej refleksji pojęcie „Ja aksjologicznego”, staje się postacią znaną. Oczywiście nie to sprawiło, że wszyscy kojarzymy jego nazwisko. Bądźmy szczerzy – filozofowie nie często zapraszani są na salony, a „Ja aksjologiczne” zajmowało przede wszystkim tych, którzy lubują się w rozważaniach fenomenologicznych. Przyczyniło się to jednak znacząco do tego, że refleksje Józefa Tischnera docierały do coraz szerszego grona odbiorców. W końcu lat siedemdziesiątych, gdy podjął otwartą polemikę z marksizmem, stał się powszechnie znany w Polsce.

Znajomość specyfiki tamtych czasów, pozwala lepiej zrozumieć ważną rolę jaką odegrał Józef Tischner w naszym kraju. U schyłku epoki Gierka ludzie coraz odważniej wyrażali swoje niezadowolenie i pragnienie wolności. A to właśnie wolność była jednym z podstawowych pojęć w refleksji filozoficznej księdza Tischnera. Gdy po kraju rozlała się fala strajków, to właśnie on został uznany powszechnie za kapelana „Solidarności”. Jego spisane kazanie znajduje się nawet w oficjalnych dokumentach z I Zjazdu Solidarności. W ostatnim czasie pojawiły się pytania o zaangażowanie Józefa Tischnera we współpracę z SB (po wydanym przez IPN w 2019 roku opracowaniu „Klan”), nie jestem jednak kompetentny by cokolwiek w tym temacie rozstrzygać. Jaka by nie była prawda, nic nie zmieni faktu, że ksiądz Tischner „wielkim Polakiem był” i po dzień dzisiejszy jest powszechnie znany, ceniony i … chętnie czytany. Dobrze znane prawo rynku – popyt napędza podaż – możemy również obserwować przyglądając się najnowszym ofertom wydawniczym. Mimo, że od śmierci Józefa Tischnera upłynęło już ponad 20 lat, wciąż wydawane są nowe książki z jego tekstami. Do blisko dwudziestu takich tytułów dołączyła właśnie „Wolność człowieka gór”, która jest kolejnym zbiorem „nieznanych tekstów”.

Moje odczucia są mieszane nie tyle względem tej konkretnej pozycji, ale ogólnej tendencji by wydawać dosłownie wszystko, co wyszło spod pióra cenionego autora. Często dane teksty pozostawały „nieznane” szerszemu gronu odbiorców z konkretnego powodu. Ich autor nie widział w nich takiej wartości, by publikować je w ramach odrębnego zbioru. Swego czasu boleśnie się o tym przekonałem, gdy z wypiekami na twarzy sięgnąłem po zbiór niepublikowanych wcześniej tekstów Kurta Vonneguta. Mimo mojej wielkiej sympatii do tego pisarza, muszę przyznać, że zebrane opowiadania były po prostu słabe. Jak jest w przypadku „Wolności człowieka gór” Tischnera?

Wielką niesprawiedliwością byłoby stwierdzenie, że wybrane teksty są złe. Nie są jednak w moim odczuciu „równe”. Wojciechowi Bonowiczowi – stojący za wyborem i opracowaniem tego zbioru – przyświecał konkretny cel: „pokazać, iż myślenie Tischnera o kulturze Podhala – i motywie wolności jako jej rysie najistotniejszym – nie było tylko repetycją pewnego wyobrażenia, ukształtowanego przez Młodą Polskę”. Dalej we wstępie zauważa: „Wolność u Tischnera jest przede wszystkim aktem indywidualnego samozrozumienia – odkrycia i nazwania tego, co człowiek uważa za najważniejszą dla siebie wartość, za swoje dobro”. Tym co łączy wszystkie zebrane teksty jest właśnie motyw wolności. Drugi motyw, który przewija się w większości tekstów to góry. Znajdziemy tu krótkie eseje, teksty pisane do miesięczników, wykład wygłoszony na uroczystości promocji doktorskich w SGGW oraz kilka kazań – w tym okolicznościowych, a nawet napisanych podhalańską  gwarą. Wojciech Bonowicz zadaje słuszne pytanie: „Czy z rozważań Tischnera płynie też jakaś nauka dla tych, którzy niekoniecznie wśród gór wyrośli, ale chętnie w góry chodzą?”.

Choć będąc pomorzaninem skorzystałem z tej książki, to jednak nie mam wątpliwości, że głębiej przemówi ona do tych, którzy wyrastali w cieniu gór. Nie wszystko było dla mnie zrozumiałe na takim poziomie, jak dla tych, którzy na co dzień posługują się gwarą i od młodości chłonęli góralską (a nawet zbójnicką) mitologię.

Tischner był człowiekiem bardzo inteligentnym, co przejawia się choćby w jego swobodnym odnoszeniu się do rozmaitych tekstów kultury oraz postaci takich jak Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Cyprian Norwid czy Stanisław Wyspiański. Szczęśliwie nie oznacza to jednak, że po „Wolność człowieka gór” sięgać mogą jedynie ludzie wielce oczytani i z odpowiednim wykształceniem. Prawdziwa mądrość wyraża się również w umiejętności pisania o rzeczach ważnych przy użyciu prostych słów. Tischner, będący uznanym filozofem, choć mógłby nas przytłoczyć niezrozumiałymi wyrażeniami, rezygnuje z nich na rzecz prostych ilustracji. Tutaj bierze niewątpliwie przykład z Jezusa, który wykładał tajemnice Bożego objawienia prostym mieszkańcom Galilei, używając obrazów z życia codziennego. Podobnie stara się czynić Tischner, np. wspominając most, który w górskiej wiosce był zabierany przez wodę podczas ulew i roztopów, zachęca nas wszystkich do tego by budować mosty porozumienia z drugim człowiekiem, które pozwolą nam się spotkać ponad rozszalałą, brudną wodą. To tylko jeden z obrazów, który pozostanie ze mną po lekturze tej książki.

Józef Tischner należał do tych ludzi, którzy bacznie obserwując otoczenie i następujące przemiany, potrafią bardzo celnie przewidywać przyszłość. Ten pewnego rodzaju profetyzm, łączy się u autora „Wolności człowieka gór” ze szczerością i autokrytyką. Pozostając kapłanem kościoła katolickiego, nie szczędzi mu też słów reprymendy: „Oj, będzie miał Kościół nie lada problemy. Na problemy natrafią również budowniczowie państwa. Mentalność sekty tym się bowiem odznacza, że ona wszystko najlepiej wie i jej się wszystko należy. Państwo też”. Słowa te zapisał w początku lat dziewięćdziesiątych. Dostrzegał zbliżający się kryzys wiary w społeczeństwie. W tekście „Słowa Życia” wyraża gorzką refleksję względem siebie i innych duchownych:

„Czy to, co my – słudzy religii – przekazujemy dziś ludziom, naprawdę jest religią? Czy mówimy do nich słowami, które ożywiają, czy słowami, które zabijają? Bo niby dlaczego opuszczają nasze kościoły? A może w sam przekaz Ewangelii zakradł się jakiś fałsz?”.

Nie moją rolą jest odpowiadać na to pytanie, gdyż Tischner nie kierował go do mnie. Warto jednak się nad tym zastanowić. Trzeba oddać autorowi to, że umiał w prostych słowach postawić trafne diagnozy społeczeństwa:

„Dziś ludzie zakrywają przed sobą swój strach. Udają odważnych. I to właśnie sprawia, że stają się nieczuli na słowa życia. Nie potrzebują Kościoła, Ewangelii. Wydaje się im, że są wolni. Dopiero w dniu, w którym staną oko w oko ze swoim strachem, zobaczą, jakimi byli niewolnikami”.

Józef Tischner znał wartość wolności. Nie tyle w wymiarze niepodległości względem reżimu czy partii. Choć angażował się w ruch solidarności, to jednak jego podstawową troską pozostawała kondycja ludzkiej duszy. Wiedział, że można być wolnym niewolnikiem, tak samo jak pozostawać w zniewoleniu, choć teoretycznie jest się wolnym. Starał się budzić tę świadomość również wśród swoich słuchaczy i czytelników:

„Dlaczego odrzucamy komunizm – czy dlatego, że nam odbierał wolność, czy dlatego, że groził odebraniem chleba? Wsłuchajmy się dziś w głosy prasy i telewizji: jakie jest ich główne zmartwienie? Najpierw ubolewano, że jest mało towaru, a dużo pieniędzy, a teraz ubolewa się że jest mało pieniędzy, a dużo towaru. Czy taki ma być ból ludzi wolnych? Nie kwestionuję tutaj potrzeby troski o chleb i pieniądz. Ale czy znaczenie, jakie się nadaje tej trosce, nie dowodzi, że mamy zatrute dusze?”

To jedno z ważnych (choć niełatwych) pytań, do zadania których skłoni nas uważna lektura „Wolności człowieka gór”. Tego typu pytania należy sobie zadawać, bo to antidotum na zarazę postępującej w obecnych czasach bezmyślności. Jak to ujmuje w jednym z tekstów Tischner:

„Pytanie to głęboka sprawa. Od pytania zaczyna się myślenie. Kto ma odwagę pytać, ten ma odwagę myśleć. Pytanie stawia nas w nowej sytuacji. Sprawia ono, że w jakimś sensie stajemy się panami sytuacji. (…) Niech nas Bóg strzeże przed jednym z największych grzechów, jakich może się dopuścić rozumna istota – przed grzechem bezmyślności”.

Odważmy się zadawać sobie trudne pytania. Przyczynkiem do tego mogą okazać się zebrane w „Wolności człowieka gór” teksty Józefa Tischnera. Kilka z nich rezonowało we mnie pogłębionymi refleksjami. Jak jednak już wspomniałem – musze o tym szczerze napisać – zbiór jest w moim odczuciu „nierówny”. Oznacza to, że choć niektóre teksty mi się podobały, to jednak spora część nie przetrwa w mojej pamięci próby czasu. Sięgając po ten zbiór, miejmy świadomość, że nie na każdej stronie znajdziemy myśli warte zanotowania. Zresztą rzeczą niemożliwą jest wydać w obecnym czasie kolejną książkę z nieznanymi dotąd tekstami Józefa Tischnera (przypominam, że zmarłego przeszło dwie dekady temu), która składałaby się z samych „perełek”. Dlatego pozycję powyższą polecam przede wszystkim tym, którzy fascynują się wolnością, kulturą góralską lub Tischnerem, a najlepiej wszystkimi tymi elementami jednocześnie.

3 odpowiedzi na “Czy mamy zatrute dusze? / „Wolność człowieka gór”, Józef Tischner [ 75 | 2022 ]”

  1. „Czy to, co my – słudzy religii – przekazujemy dziś ludziom, naprawdę jest religią? Czy mówimy do nich słowami, które ożywiają, czy słowami, które zabijają? Bo niby dlaczego opuszczają nasze kościoły? A może w sam przekaz Ewangelii zakradł się jakiś fałsz?”. Bardzo ważna refleksja i mocne pytanie. Dobrze by było, by stale/często towarzyszyło wszystkim duchownym…
    Także doceniam myśl etyczną ks. Tischnera. Mam jednak dziwną ignorancję wobec zgłębiania całego kontekstu życia danego myśliciela, jak gdyby wystarczała mi taka bańka, w której zawiera swoje teoretyczne refleksje. A to pewnie błąd, bo kontekst, historia, geopolityka to przecież ważne konteksty kształtowania się czyjejś refleksji…
    Pozdrawiam i mam nadzieję, że nie wpycham się za bardzo z komentarzami na Twoim blogu. 😀

    Polubienie

    1. Absolutnie proszę tak nie myśleć 🙂 Bardzo mi miło, że to co piszę spotyka się z odzewem 🙂 Skoro dana książka skłoniła mnie do refleksji, staram się je spisać nim ulecą w niebyt 🙂 Co do tego o czym napisałaś – sam chyba często znajduję w sobie podobną „ignorancję”, bo też pewnie nie chodzi o to, aby badać dokładnie życie każdego, nim cokolwiek skorzystamy z jego myśli. Dobrze jednak też wiedzieć, czy dany człowiek żyje podług tego co mówi 🙂 Z tego można wnioskować czy wierzy w to co mówi, i ceni na tyle by żyć w taki sposób. Kiedyś usłyszałem ciekawą opinię: „Nikt nie lubi słuchać grubych kaznodziejów” – i choć mnie to rozbawiło to jest w tym głębsza myśl. Jak uczyć ma nas ktoś, kto sam nie potrafi się kontrolować choćby w dziedzinie poskromienia apetytu. (Oczywiście wiem, że „grubość” to czasem kwestia choroby, a nie obżarstwa – ale to tylko ilustracja) 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      1. To cenna uwaga – czy to, co pisze autor jest spójne z jego sposobem życia… Z drugiej strony zastanawiam się nad tym, że nie ma ludzi nieomylnych i nieskazitelnych, zatem czasem niezwykła wartość ich dzieł może runąć wraz z odkryciem ich umoczenia w brudy tego świata… Pytanie, czy jednak można „wyekstrahować” wartość dzieła od „skalanego” kontekstu życia jego autora… Temat to niełatwy…

        A z tymi grubymi kaznodziejami – no dokładnie tak jest. A dokładniej z ludźmi, którzy ewidentnie nie trzymają się „złotego środka”. Z drugiej strony mam takie doświadczenie i wniosek z niego, że od żadnego człowieka nie można oczekiwać idealnej równowagi i perfekcyjnej spójności… Że przy bliższym wejrzeniu zazwyczaj dostrzeżemy jakąś rysę i jakieś pęknięcie. Lecz w końcu „Moc w słabości…”

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: