Zanurz się w życie starego pastora / „Gilead”, Marilynne Robinson [ 100 | 2022 ]

atypowa ocena: 9/10

LITERACKA UCZTA DLA WYBRANYCH

„Gilead” to doskonała książka. Jestem pewien, że część czytelników będzie przy niej zasypiać i wielu podda się w trakcie lektury, nie zmieni to jednak mojej oceny – jest to kawał wyśmienitej literatury!

Zniechęcony kilkoma przeciętnymi książkami, które trafiły w ostatnim czasie w moje ręce, złapałem coś w rodzaju lekkiej „czytelniczej zadyszki”. W dobie gdy wszystko dzieje się tak szybko, zapragnąłem oddać się niespiesznej lekturze książki, która coś znaczy, wnosi i zostanie ze mną na dłużej. Marilynne Robinson dała mi dokładnie to czego w tym czasie potrzebowałem.

Świętuję drobny jubileusz – to setna recenzja książki, jaka trafia na mojego bloga. Ciężko uwierzyć ile się wydarzyło – zarówno globalnie, jak i „lokalnie” w moim życiu – w przeciągu tych 3 lat z okładem, od kiedy pisałem tu o powieści „Shantaram” G.D.Robertsa. Może przyjdzie czas na jakiś wspominkowy wpis, jednak wróćmy teraz do książki Marilynne Robinson.

Celowo to zaszczytne, setne miejsce, zarezerwowałem dla prozy tej ulubionej autorki Baracka Obamy, ponieważ i ja zapałałem do niej najserdeczniejszą sympatią. Z radością dałem zaprosić się do Gileadu (małego miasteczka w stanie Iowa), gdzie tylko z pozoru niewiele się dzieje. Stary John Ames snując swoją historię wylewa kojący balsam na naszą duszę. Dawno żadna lektura nie dała mi tyle pożywki do głębszej refleksji, a jednocześnie sprawiła, że niezależnie od tego czy się w danej chwili śmiałem czy smuciłem, wiedziałem że spędzam czas przy naprawdę wartościowej książce.

„Gilead” utwierdza mnie w przekonaniu, że nagroda Pulitzera nie trafia do nikogo z przypadku. Jest to uczta, choć nie każde czytelnicze podniebienie będzie w stanie docenić niezwykłe walory serwowanego przez Robinson dania.

ZANURZ SIĘ W ŻYCIE STAREGO PASTORA

Przeszło trzysta stron tej powieści to de facto list 77-cio letniego pastora Johna Amesa, kierowany do jego 7 letniego syna. Przeczuwa on, że oto przyszło mu pożegnać się z doczesnym życiem. Jego serce wypełnia smutek spowodowany tym, że nie będzie miał możliwości uczestniczyć w procesie wychowywania i dojrzewania swojego dziecka, którym został pobłogosławiony dopiero na starość. Dlatego, choć niewiele już może, zachowując klarowność umysłu, zapisuje w formie listu wszystko, czym chciałby podzielić się w przyszłości ze swoim synem. Ciepło, które bije z wielu fragmentów tej książki, oraz najzwyczajniejsze dobro i troska, sprawiały, że robiło mi się odczuwalnie lżej na duszy. Jednocześnie słowa Johna Amesa konfrontowały moje życie. Czy mój najszczerszy list do bliskich zawierałby tyle dobroci?

„Podejrzewam, że wcale nie jesteś ładniejszy od większości dzieci. Jesteś po prostu ładnym chłopcem, trochę drobnym, porządnie wyszorowanym i dobrze wychowanym. Wszystko to piękne, ale ja i tak kocham cię głównie za to, że istniejesz. Dziś istnienie wydaje mi się czymś najbardziej wyjątkowym, co tylko można sobie wyobrazić. A ja właśnie mam przyodziać się w niezniszczalność. W jednej chwili, w mgnieniu oka.”

„Gdybym żył, mógłbyś na moim przykładzie uczyć się zarówno złego, jak i dobrego. Dlatego chcę opowiedzieć ci również o tym, gdzie i kiedy poniosłem porażki, jeśli te porażki były na tyle poważne, aby mieć istotne konsekwencje, a tak z pewnością było w wypadku tej właśnie”.

W tym strumieniu świadomości Johna Amesa znajdziemy niemalże wszystko. Od mydła i powidła, przez wspomnienia młodości (historia o urządzeniu chrztu kociętom rozbawiła mnie do łez), po naprawdę głębokie refleksje na temat kondycji człowieczeństwa i chrześcijaństwa.

„Dzieje kościoła są bardzo złożone, bardzo powikłane. Chciałbym, żebyś wiedział, że doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Dziś wielu uważa, że wierność religii świadczy o zacofaniu, a może o czymś jeszcze gorszym. Jestem tego świadomy i wiem, że przeciwko kościołowi można wysunąć poważne zarzuty. Wiem ponadto, że moje wyobrażenie kościoła rozwijało się w izolacji od otoczenia i pod wieloma względami miało charakter prowincjonalny. Właściwie pod każdym względem, chyba że to życie jest naprawdę uniwersalne i transcendentne, i chyba że wszędzie ten chleb jest tym chlebem, a ten kielich tym kielichem, zawsze i wszędzie, i że jest to czas spędzony w Ogrójcu z Panem, przychodzącym do każdego z nas, w co głęboko wierzę.”

W książce tej próżno szukać rozdziałów – wszak listy nie są dzielone w ten sposób. To niespiesznie snuta opowieść, pełna rozbudowanych dygresji. Osoby, które oczekują od książki stałego dostarczania bodźców, poddadzą się w chwilach, gdy John Ames postanawia przytoczyć w swoim liście np. całe kazanie, które wygłosił jego dziadek (prapradziadek odbiorcy listu), ponieważ „nie było ono znowu takie długie”.

Oddając się lekturze „Gileadu” miałem wrażenie, że z każdą stroną coraz głębiej zanurzam się w życie tego starego pastora. Dla wielu może być to wybitnie nieciekawa perspektywa, ale w tej mierze pozostaję atypowym czytelnikiem. Sam będąc synem pastora, z niesłabnącą ciekawością wczytywałem się we wszystko, co chciał przekazać swojemu synowi John Ames.

„Zawsze podobało mi się określenie „żywić urazę”, ponieważ wiele osób jest tak bardzo wrażliwych na punkcie swoich żalów, jakby to było coś najbliższego ich sercu. Cóż, kto może wiedzieć, jak zdążyła się już wytłumaczyć ze swoich poczynań ta dwójka starych pielgrzymów. Stale sobie wyobrażam, że miłosierdzie Boże przywraca nas samym sobie i pozwala nam śmiać się z tego, kim się staliśmy, śmiać się z naszych groteskowych przebrań, z tego całego kucania, zezowania, kuśtykania i krzywienia się. Żywię nadzieję, że kiedy się spotkamy, nie będziemy sobie obcy z powodu tych wszystkich dziwactw, jakimi naznaczyło mnie życie.”

Wiele jego rozterek okazało się być mi bliższych niż początkowo zakładałem. Jego rozliczne doświadczenia mogą się okazać dla nas bardzo przydatne – czy warto na siłę wywarzać drzwi, które ktoś przed nami już otworzył? Pamiętam jak w trakcie pierwszych fal Covida w nabożeństwach mogła uczestniczyć jedynie garstka wiernych. Obraz ten zostanie ze mną na zawsze, ale „Gilead” uśmiercił we mnie przeświadczenie o wyjątkowości tych wspomnień. Wszak to nie pierwsza plaga, z którą mierzyliśmy się w maskach zasłaniających nasze twarze. John Ames wśród wielu poruszonych wątków wspomina choćby epidemię „hiszpanki”, a jego refleksje są bardzo tożsame z tymi, które mi towarzyszyły:

„Wydaje mi się, że gdybyś napotkał tamto kazanie pośród moich dokumentów i je przeczytał, mógłbyś pomyśleć, że byłem bardzo odważnym człowiekiem. Trudno jest zrozumieć sytuację z innych czasów. Nie sądzę, żebyś był w stanie wyobrazić sobie tę prawie pustą świątynię – zaledwie kilka kobiet siedzących z opuszczonymi na twarz gęstymi woalkami, ukrywającymi założone maski, oraz dwóch lub trzech mężczyzn. Przez ponad rok głosiłem kazania z szalikiem na ustach. Wszyscy cuchnęli cebulą, ponieważ rozeszła się wieść, że cebula zabija zarazki grypy. Ludzie nacierali się liśćmi tytoniu. Na rogach ulic stały beczki, do których wrzucaliśmy pestki brzoskwiń, aby wspomóc działania na wojnie. Mówiono, że armia przerabiała je na węgiel drzewny, na filtry do masek gazowych. Setki pestek były potrzebne do zrobienia zaledwie jednego filtra. Wszyscy więc jedliśmy brzoskwinie z pobudek patriotycznych, a to powodowało, że rzeczywiście smakowały inaczej. W czasopismach było mnóstwo zdjęć ubranych w maski gazowe żołnierzy, wyglądających jeszcze dziwniej niż my sami. To były wyjątkowe czasy. Dla większości młodych mężczyzn wojna zdawała się aktem odwagi. Być może w czasie, jaki upłynął od momentu, kiedy pisałem te słowa, nadeszły nowe wojny, które wydawały ci się bohaterskie. W to, że wojny były, nie wątpię. Moim zdaniem ta plaga stanowiła dla nas ważny znak, a my nie chcieliśmy go zauważyć ani zrozumieć jego znaczenia, i od tamtego czasu stale mieliśmy wojny.”

WARTO SIĘ ZMĘCZYĆ

Regularnie czytam recenzje książkowe raptem kilku, wybranych osób. W przypadku „Gileadu” robię wyjątek, ponieważ przednio bawię się czytając opinię tych osób, które zostały lekturą niemiłosiernie wymęczone, ale wiedzą, że nie wypada krytykować autorki, która zdobyła Pulitzera. Dlatego też w swoich recenzjach silą się na ogólnikowe pochwały stylu, wspominając jedynie, że „akcja książki nie jest zbyt wartka”. To naprawdę nie grzech skrytykować książkę, która nam się nie spodobała. Ja zachwycając się kolejnymi fragmentami „Gileadu” nie mogłem się uwolnić jednocześnie od myśli, że będą one nie do przebrnięcia dla wielu czytelników w naszym kraju.

Aby z zainteresowaniem czytać pięciostronicowy wywód na temat predestynacji, trzeba wcześniej wiedzieć czym ona jest. Powtórzę dokładnie to samo co pisałem niedawno przy okazji recenzji „Wędrówki Pielgrzyma” Johna Bunyana: to co ja uważam za główny atut tej książki – silne ukorzenienie w Piśmie Świętym – dla innych może być problematyczne. W swoich rozmyślaniach John Ames bazuje częstokroć na konkretnych historiach biblijnych. Autorka nie tłumaczy, ani nawet szczególnie nie zaznacza tych odniesień. Stają się one uchwytne jedynie dla tych, którzy dobrze znają Słowo Boże. Inni mogą się w nich najzwyczajniej zagubić, ponieważ Robinson, oddając głos staremu kalwińskiemu pastorowi, siłą rzeczy nie wyjaśnia tego, co stanowi podstawową wiedzę wśród protestantów. Tu większość polskich czytelników ma pracę domową do odrobienia, ponieważ (niestety) wielu nie zna zbyt dobrze różnic między doktryną kościoła reformowanego, metodystycznego i baptystycznego, a liczne odwołania do „Institutio” Kalwina oraz dzieł Karla Bartha mogą być męczące dla osób nie znających tych teologów.

„Coleridge powiedział, że chrześcijaństwo jest życiem, a nie doktryną, czy coś w tym duchu. Bynajmniej nie mówię, abyś nigdy nie wątpił, nigdy nie stawiał pytań. Bóg dał nam rozum, żebyśmy z niego rzetelnie korzystali. Mówię jedynie, że musisz mieć pewność, że trapiące cię wątpliwości i pytania są rzeczywiście twoimi, a nie tylko, że się tak wyrażę, wąsikiem czy laseczką, które akurat w danym momencie są modne”.

Życie jednak uczy nas, że warto się czasem zmęczyć. Choć dla wielu pozostaje to czymś z kategorii czystego szaleństwa, naprawdę istnieją ludzie, którzy biegają dla przyjemności. Stwierdźmy fakty – pocą się, nadwerężają kolana i marnują czas, który mogliby poświęcić na oglądanie telewizji, i to tylko po to aby coraz szybciej pokonywać coraz większe dystanse, bez użycia samochodu, nawet jeśli stać ich na paliwo. Istne szaleństwo! Jednak każdy zagadnięty biegacz-amator powie nam, że warto się tak męczyć. Korzyści – przynajmniej w ich obłąkańczym odczuciu – przewyższają poniesione koszty.

Podobnie jest z lekturą „Gileadu”. Nie jest to książka, którą czyta się szybko i łatwo – ale warto w jej przypadku nieco się „zmęczyć”. To książka, która ma potencjał, aby wnieść wiele dobrego do Twojego życia. Skłoni Cię do refleksji, rozbawi do łez, skonfrontuje z niebezpieczeństwem zażycia trucizny niewybaczenia i zakorzenionej w przeszłości podejrzliwości. To powieść, która nie mówiąc o niczym konkretnym, dotyka wszystkiego co ważne. To w końcu piękne świadectwo wiary i spójności starego pastora, który bez obaw żegna się z doczesnością. Człowieka, który choć kocha swoje proste życie, ma pewność, że zmierza do lepszego miejsca. Nie musi w smutnym rozgorączkowaniu spowiadać się ze swoich błędów. Zapracował sobie na spokojne snucie refleksji, wiedząc, że wkrótce zamknie oczy po raz ostatni.

„Jak wspominałem, sam byłem tym dobrym synem, że się tak wyrażę, tym, który nigdy nie opuścił domu ojca – nawet kiedy sam ojciec to uczynił, zatem moje kompetencje w tym zakresie nie ulegają wątpliwości. Jestem jednym z tych sprawiedliwych, sprawiających stosunkowo ograniczoną radość w niebie. I nie mam o to pretensji. W miłości nie istnieje sprawiedliwość, nie ma żadnych proporcji, i nie powinno ich być, ponieważ w każdym pojedynczym wypadku jest to jedynie przypowieść czy też przelotny obraz wszechogarniającej niezrozumiałej rzeczywistości. Nie znajdziemy w tym sensu, mamy tu bowiem do czynienia z wiecznością wkraczającą w doczesność. Jakże więc mogłaby się podporządkować logice przyczyny i skutku? Warto żyć na tyle długo, aby przetrawić cały ten żal, jaki w sobie nagromadzimy”.

Warto zanurzyć się w te wspomnienia. Zadumać nad wizją nieba, otulić ciepłem empatii Johna Amesa, ale też zmierzyć z jego rozterkami. Marilynne Robinson zasłużyła sobie na miano królowej amerykańskiej literatury pięknej. To wręcz niesamowite ileż cennych (i zabawnych) obserwacji zdołała włączyć we wspomnienia tego staruszka:

„Uważam, że to radio jest w dużej mierze odpowiedzialne za sianie ludziom zamętu w głowach, kiedy w grę wchodzi teologia. Telewizja jest jeszcze gorsza. Można spędzić czterdzieści lat, nauczając ludzi, próbując uzmysłowić im fakt tajemnicy, a potem ktoś, kto ma o teologii nie większe pojęcie niż zając, przemawia na antenie jako pastor, i cała praca idzie na marne. Naprawdę się zastanawiam, dokąd nas to zaprowadzi”.

Serdecznie polecam „Gilead” wszystkim, zaznaczając, że lektura może być dla wielu męcząca. Ale – w pozytywnym znaczeniu – warto się zmęczyć. Dobry owoc niezwykle rzadko przychodzi bez wcześniejszego trudu.

Jeszcze trawiąc tę książkę, czekam na kolejne części czteroksięgu Marilynne Robinson. Już dziś deklaruję, że z pewnością je przeczytam!

PS. Wiem, że nie każdy lubi zapoznawać się z książką w formie audiobooka, jednak Adam Bauman czyta „Gilead” w sposób wybitny. Zdecydowanie preferuję czytać powieści niż ich słuchać, jednak narracja Johna Amesa nic nie traci w tym konkretnym przypadku, a można pokusić się nawet o stwierdzenie, że wręcz zyskuje. Prószyński i S-ka wykonało kawał świetnej roboty – świetnie się tego słucha, dlatego „Gilead” polecam również w formie audiobooka!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: