Jak być prawdziwie szczęśliwym?

Od zarania dziejów ludzie dążą do jak najwyższego poziomu wygody. Taką mamy naturę, że szukamy udogodnień dla naszej codziennej egzystencji. Im wyższy status ktoś posiada, tym mniej troski musi poświęcać prozaicznym czynnościom. Prezesi wielkich firm nie cerują na ogół dziurawych skarpetek, a rekiny finansjery nie szorują toalet. W dawniejszych czasach w bogatych domach zatrudniano służbę, by zajmowała się tym wszystkim, co nie było godne pana domu. Choć wiele się w tym temacie zmieniło (przynajmniej w „naszej części” świata), pewne mechanizmy wciąż funkcjonują bardzo podobnie. Nie mamy już niewolników i nikogo nie nazywa się służącym, jednak dziś normą jest, że lepiej usytuowani ludzie zatrudniają sprzątaczki, ogrodników i innego rodzaju „pomoc domową”. Nawet w restauracji – gdy ktoś dla nas gotuje, a potem sprząta – możemy przez chwilę poczuć się jak szlachta za dawnych lat. 

Jest to gdzieś zakorzenione w naszej naturze, że chcielibyśmy, aby nam usługiwano. Wciąż świeże są w mojej pamięci doświadczenia z czasu, gdy pracowałem w punkcie obsługi klienta. Zdarzało się, że niektórzy traktowali mnie jak służącego, który bez słowa sprzeciwu ma spełnić wszelkie ich zachcianki. Praca w takim miejscu potrafi być uwłaczająca i ciężko znaleźć człowieka, który chciałby na takim stanowisku pracować całe życie. Naturalnie młodzi pracownicy liczą się z tym, że na początku swojej kariery muszą zapłacić frycowe i przez jakiś czas zajmować się najgorszą pracą. Jesteśmy gotowi służyć innym, ale towarzyszy nam wtedy myśl, że to tylko czasowe. Ten kto wspina się po szczeblach kariery zawodowej, robi to z myślą, że wkrótce to inni będą gotowi spełnić wydawane przez niego polecenia. Widziałem na własne oczy takie przypadki szybkiego awansu, gdy ktoś kto nie tak dawno sprzątał po innych, samą swoją obecnością wywoływał takie poruszenie, że to inni uwijali się jak w ukropie, aby  tylko mu się przypodobać. 

Podobne rozumienie sukcesu i pozycji mieli do czasu apostołowie – wybrani przez Jezusa uczniowie. Ze Słowa Bożego dowiadujemy się, że zdarzało im się rozprawiać o tym, kto z nich jest najważniejszy, a nawet doszło do sytuacji, gdzie próbowali „załatwić” sobie jak najwyższe stanowiska w Królestwie Bożym, którego nadejście zapowiadał Jezus. Czy było w tym coś dziwnego? Nie. Z takim zachowaniem spotykamy się i w dzisiejszych czasach i nikogo to nie szokuje, choć czasem faktycznie oburza, gdy ludzie korzystając ze znajomości próbują dostać tzw. stołek. Jednak Jezus przyniósł nowe standardy: 

„Nie tak ma być pośród was. Kto między wami chciałby stać się wielki, niech postępuje jak służący. I kto między wami chciałby stać na czele, niech będzie jak sługa. Podobnie Syn Człowieczy nie przyszedł, by Mu służono, ale aby służyć i oddać swoje życie na okup za wielu.”
(Mateusza 20:26-28 SNP)

Czytaj dalej „Jak być prawdziwie szczęśliwym?”

„Zupełnie inni niż się wydaje…”

„Nigdy tego nie zapomnę: jest wielu takich ludzi jak Paul, którzy są zupełnie inni, niż się wydaje” – James Herriot | „Szał pracy”


Za mną kilka cięższych dni. Związane to z pogłębioną autorefleksją i towarzyszącym jej rozczarowaniem. Nie zawsze jednak należy się uśmiechać, bo nie zawsze są ku temu powody. Zresztą „gdy smutek jest na twarzy, serce staje się lepsze”…

Nie chcę tu się użalać, ale chciałem zająknąć się na temat niespodziewanego ciosu, który spadł na mnie ze strony, z której zupełnie się nie spodziewałem! Nie wiem czy macie takich autorów, do których lubicie wracać, gdy jest nam ciężej. Chodzi mi o tych autorów, którzy w ten sposób prowadzą narrację swoich powieści, że czujemy się jakby opatulali nas ciepłym kocem i podawali kakao, w chłodny, deszczowy, jesienny wieczór. Dla mnie takim autorem jest James Herriot. Towarzyszy mi od kilku ostatnich miesięcy, i aktualnie czytam już 6 tom z cyklu „Wszystkie stworzenia duże i małe”.

Zastanawiacie się pewnie – co się zatem takiego wydarzyło!? Otóż z premedytacją – wbrew radom domorosłych coachów – postanowiłem w tych trudniejszych dniach schować się w mojej strefie komfortu. Powieści Herriota są tak przepełnione ciepłem i niezmiennie mnie bawią, aż tu nagle taki cios od losu! Nie mogę dojść do siebie po jednym z rozdziałów. Zresztą – po prawdzie – trzeba przyznać, że James Herriot też długo nie mógł się pozbierać po tym co go spotkało.

Czytaj dalej „„Zupełnie inni niż się wydaje…””

Jakim misjonarzem jestem ?

Na moim regale z książkami znaleźć można co najmniej kilka biografii znanych misjonarzy. Są to budujące lektury pełne zwrotów akcji, które trudno określić inaczej niż jako cudowne. Żyjemy w czasach gdzie wielu misjonarzy doczekało się nawet filmów poświęconych ich życiu i pracy w rozmaitych zakątkach ziemi. Oczywiście w niespełna dwie godziny nie można mimo najszczerszych chęci pokazać całości zmagań tych bohaterów wiary. Możemy ulec pewnym złudzeniom dostrzegając w nich pewnego rodzaju nadludzi, którzy dokonali rzeczy niemożliwych dla przeciętnego wierzącego. Co jakiś czas w zborach organizowane są spotkania z misjonarzami. Sam w kilku takich uczestniczyłem, słuchając z wypiekami na twarzy o ich „przygodach” w odległych naszej kulturze krajach. Czytanie tych biografii, oglądanie filmów czy udział w tego rodzaju spotkaniach może w nas rozpalić pragnienie podobnych przeżyć, ale chyba częściej zostawia w nas wrażenie, że bycie misjonarzem wymaga jakiegoś szczególnego powołania od Boga. 

Czy rzeczywiście tak jest? Im więcej rozmyślam na ten temat tym bardziej przekonany jestem, że każdy nowonarodzony uczeń Jezusa nie tylko jest powołany do tego by zostać misjonarzem. De facto każdy takim misjonarzem stał się w momencie powierzenia swojego życia Bogu. Dlatego w tym tekście chciałbym abyśmy zastanowili się nie tyle nad tym „czy jesteśmy” ale bardziej „jakimi jesteśmy” misjonarzami? Poszukamy również w Piśmie Świętym wskazówek jak być dobrym misjonarzem.

Dlaczego uważam, że każdy chrześcijanin jest misjonarzem? Ponieważ Jezus niejednokrotnie wzywał ludzi do tego, aby go naśladować: „Potem przywołał do siebie tłum wraz ze swoimi uczniami i zwrócił się do nich: Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie, weźmie swój krzyż i naśladuje Mnie (Marka 8:34 SNP)”. Nieraz mówimy o tym, że po chrzcie (i napełnieniu Duchem Świętym) Jezus rozpoczął swoją około 3 letnią misję na ziemi. Łacińskie słowo missio od którego wzięło się określenie misjonarz oznacza wysłanie. Bóg posłał swojego Syna na ten świat z konkretnym zadaniem – była to misja ratunkowa. Jezus był tego w pełni świadomy, gdyż zaświadczył: „nie przyszedłem bowiem, aby sądzić świat, ale aby świat uratować”  (Jana 12:47b SNP).

Czytaj dalej „Jakim misjonarzem jestem ?”

Oferta nielimitowanej radości

Rozmyślając w ostatnim czasie o osobie Jezusa Chrystusa, zadałem sobie dość nietypowe pytanie: Czy był On radosnym człowiekiem? Jak myślisz? Z ewangelii dowiadujemy się sporo o życiu Jezusa, zwłaszcza o czasie Jego około trzyletniej, publicznej służby, gdy zwiastował o nadchodzącym Królestwie Bożym. Czy daje nam się poznać jako człowiek wypełniony radością?

Zanim odpowiemy na to pytanie, należy jednak sprecyzować, jak rozumiemy radość. Okazuje się, że powszechne rozumienie nie jest spójne z tym jak definiuje to słowo Pismo Święte. Nawet definicja jaką znajdziemy w Słowniku Języka Polskiego okazuje się nie tylko płytka, ale wręcz błędna: „Radość to uczucie zadowolenia, wesołości; wesoły nastrój, rozradowanie”. W Internecie znajdziemy zatrzęsienie najróżniejszych definicji radości oraz artykułów na jej temat. Wszystkie na jakie natrafiłem mówią, że radość to stan emocjonalny. Wszystkie też wiążą radość z tym co odczuwamy. Czy słusznie?

Czytaj dalej „Oferta nielimitowanej radości”

Dziwne kryteria wyboru

Każdy z nas staje w życiu przed rozmaitymi wyborami. Dokonując ich przyjmujemy różne kryteria, ale jedno nas łączy – staramy się wybierać jak najlepiej. Nie znam chyba nikogo kto mając możliwość wyboru i czas na zastanowienie – decydowałby się na gorszą dla siebie opcję. Chcemy mieć to co najlepsze! Zwróć uwagę, że na tym bazuje większość docierających do nas reklam. W obecnych czasach znajdziemy w Internecie szereg stron, które pomogą nam wybrać np. najlepszy sprzęt muzyczny albo hotel na spędzenie urlopu w zależności od tego jakim budżetem dysponujemy. Wystarczy zaznaczyć jakie opcje są dla nas istotne i ile możemy przeznaczyć na daną rzecz pieniędzy, a chwilę później możemy sortować wyniki poczynając od tych najwyżej ocenianych. Ja w ten sposób dokonuję aktualnie większości zakupów, ponieważ chcę to co najlepsze.

To, że chcemy tego co najlepsze nie ogranicza się jednak tylko do rzeczy czy usług, za które możemy zapłacić. Przypomina mi się początek prawie każdej lekcji WF-u, gdy z kantorka wyłaniał się nasz wuefista z piłką pod pachą. Wskazywał palcem dwóch chłopaków, którzy będą kapitanami, a następnie to oni dokonywali wyboru drużyn. Nawet w tych dawnych latach każdy chciał wybrać najlepszych, nieraz odsuwając na bok swoje sympatie czy antypatie. Nie trzeba nawet pisać o tym, że nikt też naturalnie nie chciał być wybierany na samym końcu – bo w niewypowiedziany sposób naznaczało to piętnem bycia niechcianym czy też najmniej przydatnym.

Żyję już przeszło 30 lat i widzę, że to szkolne doświadczenie wybierania drużyn było jedynie preludium do tego co czekało mnie w dorosłości. Chcemy grać w najlepszej drużynie, bo chcemy aby nasze życie było pasmem zwycięstw. Dlatego staramy się najmądrzej jak to tylko możliwe dobierać sobie przyjaciół, a także partnerów życiowych. Sami też dbamy o swój rozwój, aby inni chcieli wybrać nas. Pamiętam gdy jako kierownik prowadziłem kilka rekrutacji. Długo przeglądałem CV przesłane przez kandydatów, a także uważnie się im przyglądałem podczas rozmowy o pracę i przygotowanych zadań – chciałem wybrać najlepiej. Chciałem budować mocny zespół. Przyzwyczajeni do tego, że możemy w tylu sferach wybierać – frustrujemy się gdy jesteśmy pozbawieni takiej możliwości. Może dlatego obok siebie funkcjonują dwa powiedzenia dotyczące rodziny: „Rodziny się nie wybiera” i „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach”.

Czytaj dalej „Dziwne kryteria wyboru”

Czy jeszcze będzie lepiej?

  • W Bogu znajdujemy obietnicę, że będzie lepiej. Ale nie koniecznie tutaj i nie dla każdego!
  • Oderwij swoje serce od tego świata, inwestuj w przyszłość, zwróć swój wzrok na nagrodę!
  • Szczerze ufający Bogu mogą mieć pewność, że jeszcze będzie lepiej. Pozostali powinni dowiedzieć się od nich o takiej możliwości i zobaczyć tę wypełnioną pewnością nadzieję.

Nadzieja umiera ostatnia. W tym powiedzeniu kryje się wiele prawdy. Jako ludzie, by przetrwać najtrudniejsze chwile potrzebujemy mieć nadzieję, że jednak będzie lepiej.  Żyjemy aktualnie w dość dziwnym, dla wielu bardzo trudnym, przepełnionym niepewnością czasie. Ludzie pragną usłyszeć szczere zapewnienie, że będzie dobrze. Chcą w to wierzyć… Bo to nadzieja daje siły by przetrwać. Gdy umiera – przychodzi apatia i rozpacz…

My Polacy, poza może kilkoma przywarami, mamy też takie dobre cechy, jak na przykład to, że przez różne trudności (o ile akurat nie walczymy sami ze sobą) potrafimy przejść z pieśnią na ustach. Jeśli wierzyć Sienkiewiczowi – to pod Grunwaldem zagrzewaliśmy się do walki Bogurodzicą. A i później można zauważyć, że gdy jest źle (albo przynajmniej nie najlepiej) różni twórcy, pieśniarze, artyści tworzyli pieśni, piosenki albo po prostu protest-songi, które miały pokrzepić znękany naród.

Czesław Niemen widział, że dziwny jest ten świat. Ale jednocześnie przekonywał nas o swojej wierze, że ludzi dobrej woli jest więcej – i ten świat, nie zginie dzięki nim! Słowa wyśpiewywane przez Jacka Kaczmarskiego stały się niejako soundtrackiem przemian w latach 80-tych. Serce rosło gdy z ust wydobywało się: „a mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat”. Również w tym dziwnym, 2020 roku nowe życie zyskał przebój zespołu Tilt z lat 80-tych. Jak refren w mediach społecznościowych pojawia się refren utworu „Jeszcze będzie przepięknie”:

Jeszcze będzie przepięknie

Jeszcze będzie normalnie

Słowa te stały się niejako mottem wielu Polaków w okresie początków pandemii koronawirusa, gdy dotknęły nas pierwsze obostrzenia. Od wiosny hasztagi: #jeszczebędzieprzepięknie #jeszczebędzienormalnie nie tracą popularności. Mówi to co nieco o naszej naturze – staramy się pocieszać zmartwionych i sami takiego pocieszenia poszukujemy. Nie chcę tego oceniać jako dobre albo złe – tak po prostu jest. Pocieszamy się wzajemnie słowami: „Zobaczysz, jeszcze będzie lepiej!” , „Przeczekaj to, a na pewno będzie dobrze.”, „Zawsze po deszczu wychodzi słońce”. Ja sam niejednokrotnie używałem dokładnie tych zwrotów, w dobrej wierze, i z wiarą, że naprawdę jeszcze będzie lepiej… Ale właściwie – Czy jeszcze będzie lepiej?!

Czytaj dalej „Czy jeszcze będzie lepiej?”

Poważna walka

Gdy myślimy o Jezusie, zazwyczaj wyobrażamy sobie Jego pełne miłości spojrzenie, łagodne odpowiedzi na trudne pytania i wiele wyrozumiałości dla rozmówców. Dlatego wydaje się, że również Jego naśladowcy powinni być zupełnie pokojowo nastawieni do świata. Słyszałem niejedno świadectwo o tym, jak ludzie odnaleźli spokój, gdy zawierzyli życie Chrystusowi. Ich pełne złości i agresji usposobienie zostało całkowicie przemienione. Ale czy chrześcijanie są powołani do tego, by być uśmiechającymi się do wszystkich pacyfistami? Uważna lektura Pisma Świętego nie pozwala utrzymać takiego poglądu. Jeśli słowa Jezusa rzeczywiście wpływają na to jak postrzegamy i rozumiemy to co dzieje się w świecie – musimy przyznać, że trwa wojna:

Nie sądźcie, że przyszedłem przynieść ziemi pokój. Przynoszę nie pokój, ale miecz. (Mateusza 10:34 SNP)

Blisko dwa tysiące lat później, żyjąc w rozwiniętym kraju, w którym od kilku dekad cieszymy się pokojem, można zacząć się zastanawiać nad aktualnością tych słów Jezusa. Dziękujemy przecież Bogu w modlitwach za to, że swobodnie możemy się spotykać w kościele. Nikt nas nie prześladuje z powodu naszej wiary. Nie wsadzają nas do więzień ze względu na głoszenie Dobrej Nowiny. Jednak niech te błogosławieństwa nie uśpią naszej czujności. Nieprzerwanie trwa duchowa wojna, i walka ta będzie trwać aż do czasu ostatecznego zwycięstwa Jezusa gdy powróci w chwale aby osądzić ten świat!

Czytaj dalej „Poważna walka”

Tajemnica obfitego owocowania

„To, co było, znów będzie, co robiono, znów będą robić — i nie ma nic nowego pod słońcem. Czy jest jakaś sprawa, o której można by powiedzieć: Proszę, to coś nowego? Rzecz w tym, że miało to miejsce już wcześniej, w czasach, które nas poprzedzały”. Kzn 1,9-10

Mówi się, że historia toczy się kołem. Bo pewne zmiany są cykliczne, jak chociażby wciąż zmieniające się pory roku. Pewne sprawy wydaje się, że odchodzą w niepamięć, ale później jednak wracają. Jak ktoś uważniej bada historie, to może dostrzec pewne prawidłowości, które się cyklicznie powtarzają.

Ale dzieje to nie tyle koło. Nasze życie na ziemi ma swój początek i koniec. I w tym porządku jest odpowiedni czas na różne sprawy, które przemijają bezpowrotnie. Przez pierwsze lata życia chłopcy mają raczej wyrobione zdanie na temat towarzystwa dziewczynek – często wolą bawić się w swoim gronie. Przychodzi jednak czas, że zupełnie tracą głowę by spędzić choć chwilę w towarzystwie tej wybranej – przychodzi czas na miłość. W naszym życiu jest czas na naukę. Dalej przychodzi czas pracy, a jak doczekamy – czas emerytury i bawienia wnuków:

„Wszystko ma swój czas. Na każdą sprawę pod niebem przychodzi kiedyś pora: Jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas zbiorów. Jest czas ranienia i czas leczenia (…) Jest czas miłości i czas nienawiści; jest czas wojny i czas pokoju”. Kzn 3,1-8

Choć jednostkowo jesteśmy na różnych etapach życia, to pamiętajmy, że jednocześnie wszyscy współdzielimy pewien bardzo konkretny czas, w którym przyszło nam żyć. Bo dzieje świata – one też mają swój początek i koniec. Bóg zadecydował, że przyszło nam żyć niemalże u końca dziejów!

To już najwyższy czas by zacząć wydawać dobry owoc w naszym życiu!

Czytaj dalej „Tajemnica obfitego owocowania”

Ale czy fale hejtu go nie zaleją?

Są fragmenty Pisma Świętego, które cytujemy chętniej od innych. Niewątpliwie należy do nich zapewnienie Jezusa skierowane do Piotra, dotyczące trwałości Kościoła:

A Ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go” (Mt 16,18 BW).

Bez dwóch zdań – to prawda. Mija blisko 2000 lat od dnia zesłania Ducha Świętego, który można uznać za początek Kościoła Jezusa Chrystusa. Przez ten czas praktycznie wszystko uległo zmianie, ale Ewangelia wciąż jest głoszona. Wydarzyło się wiele złego na przestrzeni wieków. Chrześcijanie byli i są prześladowani. Trzeba być szczerym i przyznać, że również ci, którzy mieli Boga na ustach, dokonali wielkich zbrodni. Mimo to – bramy piekielne nie przemogły prawdziwego Kościoła.

Można by zadać pytanie – czy Kościół z tych różnych opresji, które go nie pokonały, wyszedł osłabiony czy wzmocniony? W odpowiedzi moglibyśmy jednak usłyszeć, że to już zależy od tego, który Kościół konkretnie mamy na myśli. Część kościołów chrześcijańskich przecież znikła. Wielu historycznym kościołom zarzuca się, że są martwe. Powstaje jednak wciąż wiele nowych kościołów chrześcijańskich. Jedne ogłaszają przebudzenie, gdy inne milkną. Jedne dążą do porozumienia ponad podziałami, inne mają charakter separatystyczny. Jedne drugim odmawiają prawa nazywania się Kościołem, roszcząc sobie prawo do bycia jedynym, prawdziwym, powszechnym kościołem. Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Jak to współgra z cytowanym zapewnieniem Jezusa Chrystusa?

Czytaj dalej „Ale czy fale hejtu go nie zaleją?”

Ta dobra izolacja …

Izolacja w ostatnich tygodniach wkroczyła na salony, zamykając większość z nich –  i nie chodzi tylko o salony fryzjerskie.

Są takie słowa, których nie używaliśmy zbyt często przed wprowadzeniem pandemii i do nich zalicza się właśnie izolacja. Przez to co się dzieje (lub sądzimy, że się dzieje) – źle się te słowa kojarzą. Gdy wypowiemy na głos słowo „izolacja” nie brzmi ono przyjemnie. W moich uszach brzmi ono tak zimno, technicznie, beznamiętnie.

Wielu zostało ostatnio zmuszonych do izolacji i nie chodzi bynajmniej tylko o osoby poddane kwarantannie. Każdego z nas w mniejszym lub większym stopniu dotknęła izolacja, oddzielenie od naszej naturalnej codzienności. Wielu pracuje aktualnie z domu, a niektórzy zastanawiają się czy będą w ogóle mieli możliwość wrócić do dawnej pracy. Trzeba nam było zrezygnować z niektórych nawyków, oraz wyrobić sobie nowe (wciąż zapominam zabrać ze sobą maseczki wychodząc z domu). Rodzice dzieci w wieku szkolnym muszą przypomnieć sobie podstawy matematyki, a dziadkowie znaleźć sposób by nie uschnąć z tęsknoty za wnukami.

Czy izolacja jest taka zła jak brzmi? Czy słusznie dominują pejoratywne skojarzenia?  Słownik języka polskiego definiuję izolację jako: „bycie w odosobnieniu, bycie poza oddziaływaniem otoczenia; alienacja, odosobnienie, odseparowanie;” oraz po prostu:  „oddzielenie danego ciała fizycznego od otoczenia warstwą specjalnie przystosowanego materiału”.

            Im więcej myślę nad izolacją, tym bardziej jestem przekonany, że może być ona dobra, a  czasem jest nawet potrzebna. Uzmysławiają mi to proste obserwacje. Bo na przykład, jeśli budujemy dom, a nie ma on odpowiednio zaizolowanych fundamentów – prędzej czy później będziemy mieli nie tylko dom, ale również spory problem. Jako samozwańczy elektryk bez większego doświadczenia uważam, że jednym z ważniejszych elementów w przyborniku adepta nauk elektrycznych jest taśma izolacyjna. Po tym jak kilkakrotnie poraził mnie prąd – dla bezpieczeństwa izoluję wszystkie kable. Choć wiem, że nie jest to konieczne, wiem też, że to nie zaszkodzi. Izolujemy się przed niebezpieczeństwem utraty zdrowia i życia. Nawet wyciągając na zimę kurtkę z szafy tak naprawdę robimy to dbając o odpowiednią izolację od warunków, które mogłyby położyć nas do łóżka.

            Z kolei Państwo dba o to by izolować od społeczeństwa tzw. element. Policja i sądy dążą do tego by odseparować od reszty tych, którzy są niebezpieczni. Robi się to, by zgodnie z definicją izolacji – byli poza oddziaływaniem społeczeństwa. Są dwa powody tych działań. By osadzeni nie mieli negatywnego wpływu na wydarzenia na mieście – to jedno. Ale drugie – równie ważne – to konieczny warunek by myśleć o jakiejkolwiek resocjalizacji.

Czy można przywrócić społeczeństwu np. złodzieja, jeśli do obiadu zasiada z paserami w dziupli? Można mu wkładać do głowy jak będzie się wspaniale czuł kiedy po miesiącach uczciwej pracy kupi sobie używane cinquecento w gazie. Ale nasze wysiłki spełzną na niczym, kiedy jego koledzy nie przejmujący się tym, że trzeba o 5:30 wstać aby się uszykować do pracy będą jeździć np. mustangami.

Podobnie jest z uzależnionymi. W odwyk wpisana jest izolacja. Czy ktoś posłałby na taki odwyk alkoholika, gdzie codziennie od 8 do 18 trwają zajęcia na temat szkodliwości alkoholu, a po 18 wszyscy idą na piwko?

Jakiś czas temu czytałem o straszliwym uzależnieniu od Internetu wśród nastolatków w Niemczech. Powstały tam pierwsze ośrodki odwykowe. Jaki byłby sens takiego ośrodka, gdyby „obozowicze” mogli zatrzymać swoje smartfony z dostępem do otwartej sieci wi-fi? Choć izolacja od Internetu wydaje im się początkowo nieludzka, to jest konieczna by nauczyć na nowo żyć tą młodzież. By zrozumieli, że można funkcjonować (i to całkiem nieźle) bez bycia w sieci.

Trwała zmiana wymaga izolacji!

Izolacja jest sprzyjającym warunkiem by zrodziły się w naszym życiu rzeczy dobre. Sprzyjającym nie oznacza jednak, że wystarczającym. Nie jest tak, że wystarczy się odizolować i wtedy życie danej osoby magicznie się uzdrowi. Gdyby tak było to w więzieniu po prostu wszystkie cele byłyby „jedynkami”. A w szpitalach psychiatrycznych z automatu każdy by trafiał do izolatki, aż wszytko znów będzie dobrze.

Tak jak roślinie nie wystarczy dać gleby do doniczki, ale warto też ustawić gdzieś z dostępem do słońca, i warto ją czasem podlać, a może i dokarmić od czasu do czasu. Żaden element sam w sobie nie daje jej szans by zakwitła, ale odpowiednia ich kombinacja i troskliwa ręka – już owszem.

Te produkowane przeze mnie mądrości nie są zakorzenione li tylko w obserwacji społeczeństwa czy przyrody. One mają solidne podstawy w historiach, które znajdujemy na kartach Pisma Świętego. Przyglądając się uważnie życiu wielu bohaterów wiary zauważymy, że izolacja stała u podstaw ich przemiany. Izolacja poprzedzała podjęcie ważnych decyzji bądź rozpoczęcie służby w innym wymiarze niż dotychczasowy. I nawet nie jest tu kluczowe czy owa izolacja była z inicjatywy oddolnej czy też przymusowa, poprzez zakucie w dyby.

Podstawą tego rozważania jest jeden z moich ulubionych wersetów Biblii: A wiemy, że kochającym Boga, to jest tym, którzy są powołani zgodnie z Jego planem, wszystko służy ku dobremu (Rz 8,28).

To obietnica, skierowana do tych, którzy kochają Boga. Pytanie brzmi czy rzeczywiście wiemy to jak stwierdza apostoł Paweł? Wszystko służy ku dobremu. Nie część doświadczeń i nie większość tego co przeżywamy, ale wszystko. Jestem przekonany, że wlicza się w to również spotykająca nas izolacja. „Niewzruszenie trzymajmy się nadziei, którą wyznajemy, gdyż Ten, który złożył obietnicę, jest wierny (Hbr 10,23)”.

Ku czemu dobremu może posłużyć izolacja tym, którzy kochają Boga?

1. Bóg preferuje szept w osobistej komunikacji

Izolacja sprzyja temu byśmy mogli słyszeć jak Bóg przemawia do nas. On może zrobić to oczywiście w taki sposób, że usłyszy to cały świat, ale … będzie znacznie lepiej jeśli nie będzie musiał podnosić głosu.

W 1 Księdze Królewskiej znajdujemy ciekawa historię Eliasza. Po tym jak rozprawił się na górze Karmel z prorokami Baala, dostał on informację od Izebel, że postara się go zabić nim upłynie doba. Czytamy dalej o jego ucieczce. Przez 40 dni i nocy szedł aż dotarł do Góry Bożej na Horebie i tam ukrył się w jaskini. Dochodzi go jednak słowo, że ma stanąć na górze i spotkać się z Bogiem. I tutaj natrafiamy na bardzo ciekawy fragment Pisma:

Wówczas Eliasz usłyszał: Wyjdź i stań na górze przed PANEM. A oto przechodził PAN! Przed PANEM dął wiatr, silny, porywisty, poruszał góry, odrywał kawałki skał — lecz nie w tym wietrze był PAN. Po wietrze zatrzęsła się ziemia — lecz nie w tym trzęsieniu był PAN. Następnie wystrzelił ogień — lecz nie w tym ogniu był PAN. Po ogniu zaległa cisza, zaszemrał cichy szept. Gdy Eliasz to usłyszał, otulił płaszczem twarz, wyszedł i stanął u wejścia do jaskini. Wtedy doszedł go głos: Co tu robisz, Eliaszu? (1Kr 19,11-13)

Wierzę, że całe Pismo jest po coś. Dlatego również ta dziwna historia czegoś nas uczy. Bóg nie był obecny w tym co my byśmy byli skłonni uznać za najbardziej oczywisty przejaw Jego potężnej obecności!

Zwróćmy też uwagę na jeszcze jedną kwestię. Eliasz był odpowiednio przygotowany, wyczulony – by właściwie rozpoznać obecność Boga. Oto ten starszy już człowiek stoi na górze, a przed nim wszystko się wali i pali. Jednak nie robi to na nim wrażenia. A po tym wszystkim zaległa cisza, zaszemrał cichy szept. I to dopiero te wydarzenie wywołują reakcję. Eliasz w tym momencie otulił swoją twarz płaszczem i usłyszał jak przemawia do niego Bóg.

            Eliasz był odpowiednio przygotowany by to rozpoznać, bo 40 dni i nocy wędrował odizolowany od wszystkiego. Ten okres izolacji posłużył jego uwrażliwieniu by odpowiednio rozpoznać Bożą obecność i usłyszeć cichy szept, w którym upodobało się Bogu być obecnym.

Bóg nie zawsze przemówi do nas przez to w czym najbardziej oczywistym wydaje się dla nas Jego obecność. Prawdziwe spotkanie z Bogiem nie musi odbywać się na wielkiej konferencji w jeszcze większej sali, gdzie ktoś będzie co chwile krzyczał, że zaraz zstąpi ogień. Bądźmy gotowi, że Bóg niekoniecznie zechce być obecny na super nagłośnionym koncercie ewangelizacyjnym. On chce przemawiać do nas często w ciszy. Tylko czy trwająca izolacja posłużyła abyśmy odpowiednio dostroili nasze duchowe ucho by to usłyszeć?

Nawet Jezus miał w zwyczaju oddzielać się, czyli de facto izolować się od zgiełku, by słyszeć Ojca:

Jednak wieść o Nim tym bardziej się rozchodziła. Skutek był taki, że wielkie tłumy przychodziły, żeby Go słuchać i doznać uzdrowienia ze swoich słabości. Jezus natomiast usuwał się na ustronne miejsca i tam się modlił (Łk 5,15-16)”.

W czym mielibyśmy być lepsi od Jezusa jeśli myślimy, że w codziennym zgiełku gdy może chybcikiem zerkniemy do Biblii (albo i nie!) usłyszymy co Bóg chce do nas powiedzieć?Potrzebujemy regularnie się izolować. Zwróćmy uwagę na to w jaki sposób Jezus uczył modlitwy:

„Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie (Mt 6,6)”.

Bóg jest wszechobecny, ale jednocześnie widzimy, że Jezus podaje nam Jego konkretną lokalizację wskazując – jest w ukryciu! Jezus radzi nam by każdy miał swoją komorę. Żeby do niej wchodzić, do ukrycia. Innymi słowy mówi – potrzebujesz się odizolować gdy chcesz rozmawiać z Bogiem. Stąd wezwanie nie tylko by wejść do komory, ale żeby przed modlitwą również zamknąć za sobą drzwi.

Ku czemu dobremu może więc posłużyć izolacja tym, którzy Boga miłują? Może nas uwrażliwić na rozpoznawanie Bożej obecności. Może nam dać sposobność by słyszeć jak do nas indywidualnie przemawia. Daje nam możliwość by spędzać więcej czasu w komorze, jeśli np. odeszła nam godzina dziennie stania w korkach.

Oczywiście sama izolacja nie wystarczy do tego. Wielu ludzi w tej powszechnej izolacji nie doświadcza wydzielenia się. Można być zamkniętym w domu, a jednak nie doświadczyć izolacji. Ba – można być nawet jeszcze bardziej pod wpływem otoczenia!

Stanie się tak jeśli czas przymusowej izolacji wykorzystujemy by nadrobić wszystkie zaległe odcinki „Na wspólnej”, lub w każdej wolnej i cichej chwili włączamy radio. Jeśli w końcu staramy się wykorzystać wszystkie darmowe minuty i obdzwaniamy wszystkich znajomych.

Odnoszę wrażenie, że ludzie mają coraz większą trudność by wytrwać w ciszy. Jakby się bali myśli, które mogą wtedy przyjść. Niektórzy mają zwyczaj, żeby cały dzień coś grało w tle, od telewizji śniadaniowej po wieczorne wiadomości.

Ile znasz świadectw, że Bóg do kogoś przemówił w znaczący, przemieniający życie sposób podczas walki o najlepsze przeceny w centrum handlowym? Albo w trakcie meczu siatkówki kiedy wszyscy tak ładnie, rytmicznie klaskali? Albo podczas lektury zajadłej kłótni na facebooku na temat tego czy chrześcijanom się Trójka powinna podobać czy jednak nie? Albo w trakcie 34 podlaskiej nocy kabaretowej kiedy Kryszak 34 raz udawał Wałęsę?

Nie twierdzę, że to niemożliwe. Ja po prostu słyszałem znacznie więcej świadectw, jak dociera do nas, że Bóg ma dla nas plan gdy jesteśmy w odosobnieniu. Gdy pościmy. Gdy wyjechaliśmy np. w góry i spędziliśmy noc w ciszy pod gwiazdami. Gdy oddajemy się studium jakiejś księgi biblijnej. Gdy jesteśmy zamknięci w naszej komorze i nie rozpraszamy się dyskusjami, które rozpalają społeczeństwo. Nie porównujemy faktów, wydarzeń i wiadomości.

2. Bóg preferuje lekcje indywidualne

Patrząc na Jezusa widzimy, że gdy przemawiał to czasem odbiorcami były tłumy, ale często mówił więcej na osobności wybranym uczniom. Czasem też objawiał coś jednostkom, gdy byli tylko we dwoje.

To się nie zmieniło. Nadal Bóg różnymi sposobami przemawia do różnych odbiorców. Przez Kościół przemawia do całego świata (Mk 16,14-16).Do Kościoła mówi za sprawą Ducha Świętego. Przemawia do wszystkich, którzy czytają Pismo Święte. Przemawia do poszczególnych zborów poprzez pastorów, kaznodziejów.  Dlatego Słowo Boże przestrzega nas przed izolacją od Kościoła:

Nie opuszczając wspólnych zebrań naszych, jak to jest u niektórych w zwyczaju, lecz dodając sobie otuchy, a to tym bardziej, im lepiej widzicie, że się ten dzień przybliża (Hbr 10,25).

Ale czytając Słowo Boże skłaniam się do tego by stwierdzić, że Bóg preferuje lekcje indywidualne ze swoimi uczniami. Zajęcia grupowe są nam potrzebne, ale często na osobności potem nam tłumaczy jak zastosować daną lekcję do naszego życia.

Sam Jezus przed oficjalnym rozpoczęciem swojej misji odizolował się od wszystkiego na pustyni i tam przeszedł niełatwą próbę (Mt 4,1-11). Ciężko mi przypomnieć sobie z Biblii historię, w której ktoś z biegu został powołany do ważnego zadania. Ci, którym powierzono największe zadania często wcześniej zostali odizolowani. Mojżesz nim wyprowadził Izraela z Egiptu został całkowicie odizolowany od poprzedniego życia. I trwało to 40 lat. A później znów – gdy Bóg wskazał mu, że to już czas, znów został odizolowany od drugiego życia, które już przecież jakoś się tam ułożyło.

Józef, który został sprzedany przez braci został odizolowany od rodziny, ale Bóg go w ten sposób przygotowywał. Lata spędził też niesprawiedliwie w więzieniu, ale i to czemuś służyło. Podobnie apostołowie przed rozpoczęciem służby byli wydzieleni w Jerozolimie. Byli razem, ale nie na rynku – tylko zgromadzeni w izbie, na modlitwie.

Czy Paweł tak w biegu został powołany by stał się apostołem narodów? Między 9 a 11 rozdziałem Dziejów Apostolskich mija 9 lat! Nie było tak, że w 35 roku na drodze do Damaszku Paweł spotyka Jezusa i nagle następuje wielka przemiana i Paweł od razu organizuje krucjaty ewangelizacyjne! W najstarszym pawłowym liście Nowego Testamentu znajdujemy informacje:

Nie udałem się też do Jerozolimy, do tych, którzy przede mną byli apostołami, lecz natychmiast odszedłem do Arabii, po czym znów wróciłem do Damaszku. Następnie, po trzech latach, wybrałem się do Jerozolimy, żeby poznać Kefasa. Przebywałem u niego piętnaście dni (Gal 1,17-18).

Do pierwszej podróży misyjnej upłynęło 9 lat od nawrócenia się Pawła! Przez ten czas on się odizolował i był przygotowywany indywidualnie do zadań, które Bóg mu powierzył.

Jeśli kochasz Boga masz prawo zadać Mu pytanie: Panie – ku czemu dobremu ma posłużyć ta izolacja, która mnie spotyka?

Bo choć dobrze jest samemu się regularnie izolować, to zdarza się, że i jesteśmy izolowani wbrew naszej woli. Wspominany Paweł kilkukrotnie trafił do więzienia. Znamy z Biblii piękne historie, gdy Bóg w nadnaturalny sposób wyprowadzał swoich uczniów z więzienia (Dz 12,6-7), jednak czy Bóg zawsze rozrywa kajdany?

Zdecydowanie nie zawsze. Ale zawsze we wszystkim współdziała ku dobremu z tymi, którzy Go kochają. Dlatego Paweł będąc kolejny raz w więzieniu może złożyć świadectwo: „Przez to coraz więcej braci w Panu, przekonanych dzięki moim kajdanom, nabiera śmiałości do głoszenia Słowa (Flp 1,14)”.

Paweł miał tyle pracy do wykonania. Stale podróżował, organizował pomoc dla innych, nauczał. Miał też wspaniałe plany by spotkać się z wierzącymi tu i tam. Wiemy, że chciał w końcu wybrać się w podróż do Hiszpanii, żeby i tam głosić Słowo Boże. Mimo mnogości dobrych planów, został odizolowany od społeczeństwa i swoich wcześniejszych zamysłów. Zastanawiałem się dlaczego tak się stało. Jestem pewien, że Paweł więcej czasu nad tym myślał i… chwycił za pióro.

W ferworze codziennej pracy czy Paweł znalazłby czas, aby napisać tak ważne listy (do Efezjan, Filemona, Filipian, Kolosan, Tymoteusza),którymi się karmimy po dziś dzień? Bóg użył tej przymusowej izolacji ku większemu dobru milionów chrześcijan.

Czy apostoł Jan mógł mieć objawienie w innych okolicznościach? Nie stało się to w amfiteatrze podczas jakieś zachwycającej sztuki, tylko gdy był zesłany (odizolowany) na wyspie Patmos.

Potraktuj izolację, jako czas indywidualnych zajęć z Panem Bogiem. Bo jeśli kochasz Boga to nigdy tak naprawdę nie jesteś sam. Choćby było tak, że wszyscy by Cię zdradzili, porzucili – nie jesteś sam.

Ewangelia Mateusza kończy się tą piękną obietnicą Jezusa – „A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata (Mt 28,20)”.

Dawid który miał pojęcie o odrzuceniu, zdradzie i izolacji świadczy:  „I choćbym nawet szedł Doliną cienia śmierci, Zła się nie przestraszę — Przecież Ty jesteś ze mną, Twoja laska i Twój kij Są mi źródłem pociechy (Ps 23,4)”.

Może się zdarzyć, że zostaniemy oddzieleni nawet od rodziny. Ale mamy podstawy by ufać, że to wszystko służy ku dobremu, jeśli kochamy Boga. Być może właśnie w ten sposób On chce przygotować cię do wielkich rzeczy. W trudnych doświadczeniach Bóg może nas używać, choć często dzieje się to w inny sposób niż my byśmy sobie wymarzyli. Czas izolacji, który przechodzisz może przynieść korzyść nie tylko Tobie, ale też innym.

3. Bóg nie działa pod presją czasu

Żyjemy w czasach instant. Wszystko chcemy szybko i na już! Jeszcze kilka lat temu można było sobie zaparzyć herbatę i się wysikać w czasie gdy próbowaliśmy ściągnąć jakieś zdjęcie z Internetu. Dziś jestem poirytowany gdy zacina mi się relacja „na  żywo” z oglądanego meczu, którą oczywiście w jakości Full HD przerzucam bezpośrednio z telefonu na telewizor.

Cierpliwość nigdy nie była naszą mocną stroną i raczej już nie będzie. Chcielibyśmy szybciej i szybciej. Tak samo chcielibyśmy aby Bóg od razu dawał nam konkretną odpowiedź na każde nasze zmartwienie czy dylemat, który nas dotknie. Chcielibyśmy żeby to się działo najlepiej zanim w ogóle zdążymy zgiąć kolana. Bóg jednak nie działa pod narzucaną przez ludzi presją czasu. Izolacja jest czymś ważnym i dobrym.  Bóg do niej dopuszcza i ma w tym jakiś cel.

Ile może trwać?  Czasem wieczór w wyciszeniu. A czasem 40 dni na pustyni. Jeszcze innym razem 3 lata w więzieniu, albo 9 lat kiedy spokojnie trwamy przygotowując się do czegoś ważnego. Niestety może się zdarzyć, że trwa i 40 lat.

Czasem „nie idzie” nam w życiu dość długo. Zdarza się, że nasz biznes zamiera. Czasem rodzina się od nas odwróciła. Ile to potrwa? Nie wiem. Ale wiem, że jeśli kochasz Boga to może to być ku dobremu.

Ile potrwa aktualna izolacja ? Może już się kończy, a może zaraz wróci Covid-20 ? Nie wiem i nawet nie chcę bawić się w przewidywanie, bo nie to jest najistotniejsze. My z natury chcielibyśmy,  żeby ten okres minął jak najszybciej. Ale czasem proces musi trwać.

Kupiłem rok temu sadzonki agrestu w Lidlu, bo miałem ochotę przypomnieć sobie smaki, które pamiętam z działki moich dziadków. Przeżyłem niemałe rozczarowanie gdy mnie ktoś uświadomił, że to nie w tym i raczej nie w następnym roku będę miał okazje na te reminiscencje. Potrzeba lat aby krzak się przyjął i wydał owoc.

„Pan nie zwleka z dotrzymaniem obietnicy, chociaż niektórzy uważają, że zwleka, lecz okazuje cierpliwość względem was, bo nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania (2P 3,9)”.

Trzeba nam uzbroić się w cierpliwość i uchwycić tej obietnicy, że Bóg z tymi którzy Go kochają współdziała we wszystkim ku dobremu! Z tą ufną nadzieją możemy poddać się izolacji z pewnością, że ten czas jest potrzebny i będzie owocny. Nawet jeśli nie dla nas – to chociaż dla innych może się taki okazać. Może w tym czasie możemy zatroszczyć się o innych, wykorzystać nasze umiejętności by komuś pomóc? Albo po prostu mamy wzrastać?