William Carey – Muszę jechać, Janet & Geoff Benge [ 20 | 2021 ]

atypowa ocena: 5/10

Uwaga, ocena nie dotyczy ani osoby Williama Careya, ani stylu samej biografii. W przypadku tej serii ocena bardziej odzwierciedla na ile zetknięcie z daną postacią skłoniło mnie do osobistej refleksji.

William Carey  to trzecia książka z serii Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś, którą przeczytałem. Kieruję się tu chronologią czasu, w którym żyli poszczególni misjonarze, a nie kolejnością tworzenia poszczególnych tomów przez Janet i Geoffa Benge.

Wcześniejsze recenzje z serii:

Hrabia Zinzendorf (1700-1760)

John Wesley (1703-1791)

O autorach i całej serii więcej pisałem tu: Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś

ZUPEŁNIE INNE ŻYCIE – TA SAMA PASJA

Czytając biografię Williama ciężko było mi nie odnosić jej do pozostającej świeżo w mojej pamięci historii Ludwika Zinzendorfa. Ich działań misyjnych nie dzieli tak wiele czasu. William urodził się raptem rok po śmierci hrabiego Zinzendorfa. Jednak ich historie są, delikatnie mówiąc, diametralnie różne.

Ludwik miał wysoką, szlachecką pozycję. W gronie jego znajomych znajdowali się wpływowi ludzie i nie było potrzeby aby czegokolwiek sobie odmawiał. Kwestia pieniędzy nigdy nie była dla niego problematyczna. Bez trudu finansował swoją służbę i wspierał wiele dobrych przedsięwzięć.

W przypadku Williama było zupełnie inaczej. Wychowywał się w skrajnym ubóstwie. Gdyby nie to, że jego ojciec otrzymał pracę w anglikańskim kościele, młody William prawdopodobnie nie miałby nigdy dostępu do książek, a zatem szansy nauczyć się czytać. Był jeszcze dzieckiem gdy musiał rozpocząć pracę poza domem jako pomoc szewca. Od samego początku było mu niezmiernie ciężko.

A jednak tych dwóch, tak różnych mężczyzn, łączy wspólna pasja. Była to paląca potrzeba dzielenia się ewangelią. Choć odebrali zupełnie inne wychowanie, inne wykształcenie, można powiedzieć nawet, że żyli w zupełnie odrębnych światach – ich serca zostały przemienione już w młodości przez dobrą nowinę o zbawieniu w Jezusie Chrystusie. Jeden i drugi nie chciał też poprzestać na tym, aby tylko cieszyć się z tego co otrzymał. Spalała ich potrzeba by zanieść ewangelię ludziom na całym świecie.

„WYJDŹ POZA OBÓZ”

W trakcie lektury biografii Williama na mojej twarzy pojawił się uśmiech, gdy natrafiłem na opis jego pierwszego kontaktu ze zborem protestanckim. Nie do pomyślenia było w tamtym czasie, aby wybrał się na nabożeństwo do innego kościoła niż państwowy, w którym się wychował. Słyszał o protestantach niestworzone historie i towarzyszyło mu mnóstwo obaw gdy na spotkanie zapraszał go jego kolega, również pobierający nauki u szewca. Przypomina mi to wiele historii z „naszego podwórka” i naszych czasów, gdy katolicy są zdziwieni, że nabożeństwa w zborach ewangelicznych wcale nie są tak dziwne jak im mówiono lub się spodziewali:

Słyszał o tym, że dysydenci mają jakieś dziwne zwyczaje, obiecał więc sobie, że będzie czujny. Nie zauważył jednak żadnej z tych dziwnych rzeczy. Był zdumiony, że czuje się wśród nich tak dobrze. Kilku mężczyzn przemawiało krótko, a inni wstawali i czytali wersety z Biblii. Nigdy dotychczas nie był w grupie ludzi, którzy z tak wielką siłą przekonania wierzyli w to, co czytali. Jeden z nich, brat Chater z Hackleton, przeczytał werset z trzynastego rozdziału Listu do Hebrajczyków: „Wyjdźmy więc do niego poza obóz, znosząc pohańbienie jego”.
William poczuł, że słowa te przemawiają wprost do niego. Przez całe życie chodził do właściwego kościoła, mówił właściwe rzeczy, był w „odpowiednim” obozie. Pomimo tego nie czuł żadnej mocy do przemiany swojego życia. Teraz przyszło mu na myśl, że może jego miejsce jest poza obozem i poza państwową religią – wśród dysydentów. Była to dla niego zdumiewająca myśl, ale wiedział, że to prawda. Po skończonym spotkaniu powiedział Johnowi o podjętej decyzji. Chce zostać dysydentem.

Taki był początek drogi Williama do tego by zyskać miano „ojca nowożytnych misji”. W niedługim czasie został baptystycznym duchownym i regularnie głosił Słowo Boże w różnych zborach. Wciąż znajdował się w trudnej sytuacji finansowej, ale nic nie było wstanie go zahamować w dzieleniu się ewangelią o Jezusie, która przemieniła jego życie. Nawet to, że zmarło jego pierwsze dziecko, a on sam ledwo przeżył ciężką chorobę (z jej powodu wyłysiał nie mając nawet 30 lat) nie ostudziło jego wiary i zapału do pracy.

„ŻAŁOSNY ENTUZJASTA”

Młody William czytał Pismo Święte i widział w nim wyraźne wezwanie do głoszenia ewangelii na całym świecie. Choć ciężko w to uwierzyć, ale w tamtym czasie panowało przekonanie, że nakaz misyjny Jezusa Chrystusa skierowany był do apostołów i tylko do nich. Wielu duchownych baptystycznych tłumaczyło zatem, że po ich śmierci przestał on obowiązywać Kościół.

William nie mógł się z taką interpretacją pogodzić. Bywając na kolejnych spotkaniach duchowieństwa coraz odważniej podnosił ten temat, ale przypięto mu łatkę „żałosnego entuzjasty”. Choć to bolesne słowa, William się nie zraził. Podjął się wielkiej pracy by przygotować naukowe opracowanie zagadnienia, które jednoznacznie wskazywało, że obowiązkiem chrześcijan jest dzielenie się dobrą nowiną z pogańskimi narodami. Nadał mu tytuł: „Badanie obowiązków chrześcijan dla wykorzystania środków w celu nawracani pogan, w którym uwzględniona została sytuacja religijna różnych narodów świata, powodzenie dotychczasowych działań i praktyczność dalszych działań”.

Publikacja tego dzieła o przydługim tytule przyczyniła się do poważnej debaty i przekonania wielu osób o potrzebie założenia Towarzystwa Misyjnego. W niedługim czasie udało się to zrobić i zaplanować pierwszą podróż do Indii. Ale William nie poprzestał na tym. Sam zgłosił się na ochotnika by prowadzić misję w tej zupełnie nieznanej mu części świata. Nie miał wtedy pojęcia, że z tej podróży już nigdy nie wróci do Anglii. Miał niewiele ponad 30 lat gdy wraz z rodziną znalazł się na statku.

ŻYCIE USIANE PORAŻKAMI

Historia Williama Careya jest dwojako trudna. Po pierwsze – spotkało go wiele przykrych doświadczeń. Po drugie – niektórym może być ciężko ją dziś przyjąć, jako przykład życia „bohatera wiary”. Zwłaszcza w kręgach gdzie naucza się „ewangelii sukcesu”, gromienia wszelkich chorób i niepowodzeń, pozytywnego wyznawania Bożej mocy i ogłaszania błogosławieństwa. Jeśli ktoś przyjmie taki pogląd na życie we wierze, ciężko będzie przyjąć mu to, że William Carey postępował zgodnie z wolą Bożą w swoim życiu. Raczej trzeba by uznać, że Bóg nie chciał mieć z nim nic wspólnego i dlatego stale go doświadczał. Ja jednak jestem przekonany, że w tych trudnościach kształtował się charakter tego męża bożego, a my możemy czerpać z jego życia lekcje na temat cierpliwości oraz tego, że owoce nie zawsze przychodzą tak szybko jakbyśmy pragnęli.

W trakcie lektury biografii Williama, przyszło do mnie myśl, że ciężko sobie wyobrazić  co mogło pójść jeszcze gorzej w jego życiu. Dotykało go cierpienie za cierpieniem. Jego główny współpracownik okazał się niegodny zaufania i zdefraudował pieniądze przeznaczone na misję. Jego żona zamiast go wspierać, przysparzała mu jedynie dodatkowych trosk. Choroby nie omijały ani Williama ani jego najbliższych, doprowadzając część dzieci do śmierci. Ciężko mu było otrzymać potrzebne wsparcie, nieraz został oszukany. Gdy w końcu przyjechali nowi misjonarze, szybko zwrócili się przeciwko Williamowi spiskując za jego plecami. Nie ominęły go również takie klęski jak pożar czy powodzie.

Mimo tego wszystkiego, on pozostał wierny powołaniu, ponieważ był pewien, że to sam Bóg pokierował go do Indii, aby tam pracował i dzielił się swoją nadzieją na zbawienie dostępne w Jezusie Chrystusie. Czytamy:

Otoczony trudnościami, w obliczu śmierci własnych dzieci i choroby żony, nigdy nie stracił wiary. Przetrwał wszystko i zawsze dążył do przodu. Założył college cieszący się największym prestiżem w ówczesnych Indiach. Przetłumaczył Biblię na wiele języków Indii i Azji. Przyczynił się do założenia w całych Indiach licznych zborów i szkół. Sprzeciwiał się nieludzkim zwyczajom i nigdy nie zachwiał w swoim powołaniu do głoszenia ewangelii mieszkańcom Indii, gdziekolwiek się z nimi spotykał.

WIERNIE PRACUJ, A OWOC SIĘ W KOŃCU POJAWI

Ta biografia to dla mnie wielka pochwała niezłomności. Wytrwałość nie jest moją mocną stroną. Szybko chciałbym widzieć efekty moich działań, bo tak nas wychowują dzisiejsze insta-czasy. Jeśli coś nie przynosi efektów – porzucamy dany „projekt” i rozpoczynamy następny. Dlatego zdarza się, że spotykamy na naszej drodze osoby, które co kilka miesięcy zajmują się już czymś innym. Trudno w XXI wieku o osoby takie jak William Carey:

W październiku 1800 roku mijało siedem lat, od kiedy William z rodziną przybyli do Indii. Na początku, zwłaszcza w pierwszym roku, doświadczali wielu trudności. Teraz jednak William czuł, że wszystko układa się dla niego pomyślnie. (…)
Brakowało tylko jednego – w dalszym ciągu nie było nawróconych. Ponieważ ich wysiłki nie przynosiły owoców w postaci nawróceń, William bał się, że ludzie z towarzystwa misyjnego w Anglii mogą się zniechęcić i przestać przysyłać misjonarzy, pieniądze i zaopatrzenie.

Porzucenie całego dotychczasowego życia, codzienne narażanie się na nieznane choroby i inne niebezpieczeństwa oraz ciężka praca, a mimo to po siedmiu latach wyrzeczeń nie widać żadnego owocu!
Niezłomna postawa Williama Careya jest dla mnie bardzo inspirująca. Ten „bohater wiary” nie uległ zniechęceniu i się nie poddał. Dopiero po dłuższym czasie zaczęły pojawiać się bardzo konkretne owoce. Hindusi zaczęli się stopniowo nawracać, a sam William zyskał bardzo dobre świadectwo w otoczeniu.

Kontynuował swoją pracę wiernie aż do śmierci w 1834 roku. Choć na zawsze pozostał skromny, to w dniu jego pogrzebu tysiące ludzi wyszło na ulice a na rządowych budynkach opuszczono flagi do połowy masztu. Część owocu swojej pracy zobaczył jeszcze za swojego życia. Myślę, że najcenniejszym dla niego było to, że jego synowie wstąpili w jego ślady i również poświęcili swoje życie służbie Bogu wśród hindusów. Znacznie większe owoce możemy natomiast obserwować my wszyscy po dzisiejszy dzień. William poświęcił lwią część swojego czasu na tłumaczenie Pisma Świętego na azjatyckie języki. Opracował pierwsze słowniki, które pomogły w innych tłumaczeniach i znacznie usprawniły komunikację z ubogimi mieszkańcami tamtych regionów. To też cenna wskazówka dla nas, że warto poświęcać nasz czas na rzeczy, które w przyszłości mogą posłużyć innym.

Choć we stępie pisałem, że nie chcę tu oceniać stylu napisania samej biografii, to jednak nie mogę nie napisać o tym, że bardziej podobały mi się opracowania dotyczące życia Johna Wesleya i Ludwika Zinzendorfa, które czytałem wcześniej. Mam wrażenie, że autorzy ledwo dotknęli opisu czasu, kiedy praca misyjna Williama Careya w końcu zaczęła funkcjonować w sposób o jakim marzył on od samego początku. Znacznie więcej czytamy o trudnościach i spotykających go porażkach, niż sukcesach i owocach. Książka ta daje nam ogólne pojęcie o tym, kim był jej bohater, ale zostawia nas z dużym niedosytem.

Jedna odpowiedź na “William Carey – Muszę jechać, Janet & Geoff Benge [ 20 | 2021 ]”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s