John Williams – Zwiastun pokoju, Janet & Geoff Benge [ 22 | 2021 ]

atypowa ocena: 6/10

Uwaga, ocena nie dotyczy ani osoby Johna Williamsa, ani stylu samej biografii. W przypadku tej serii ocena bardziej odzwierciedla na ile zetknięcie z daną postacią skłoniło mnie do osobistej refleksji.

John Williams  to czwarta książka z serii Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś, którą przeczytałem. Kieruję się tu chronologią czasu, w którym żyli poszczególni misjonarze, a nie kolejnością tworzenia poszczególnych tomów przez Janet i Geoffa Benge.

Wcześniejsze recenzje z serii:
Hrabia Zinzendorf (1700-1760)
John Wesley (1703-1791)
William Carey (1761-1834)

O autorach i całej serii więcej pisałem tu: Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś

CZASEM JEDNO ZDANIE MOŻE ZAWAŻYĆ NA CAŁYM NASZYM ŻYCIU

Zanim sięgnąłem po tę książkę, nic nie wiedziałem o Johnie Williamsie. Nigdy o nim nie słyszałem i raczej nie czyni mnie to nikim wyjątkowym. Nie jest to wynikiem mojej wyjątkowej ignorancji – jest to po prostu misjonarz praktycznie nie znany w naszym kraju. Nie należy do grona tych, którzy podróżowali po Europie i dali się poznać jako wielcy mówcy, bądź założyciele znaczących szkół. John nie miał 20 lat gdy wyjechał z Anglii jako misjonarz i resztę swojego niedługiego życia przeżył na wyspach południowego Pacyfiku, gdzie koniec końców został zamordowany i zjedzony przez mieszkańców jednej z wysp.

Z książki niewiele dowiemy się o młodości Johna. Nie wiem czy to wynika z braku danych na ten temat, czy takiej koncepcji poprowadzenia narracji tej opowieści, ale troszkę brakowało mi podstawowych informacji o tym „skąd John się wziął”. W poprzednich trzech częściach autorzy poświęcili znacznie więcej uwagi dorastaniu Zinzendorfa, Wesleya czy też Carreya. W przypadku Johna Williamsa dowiadujemy się jedynie, że w wieku 18 lat był czeladnikiem. 

Pewnego wolnego popołudnia umówił się z kolegami z pracy na piwo, ale zanim jego znajomi pojawili się na miejscu, spotkała go tam żona jego pracodawcy i „zachęciła” by poszedł z nią do kościoła. Nie dała mu szans do grzecznej odmowy, i niewiele później John zamiast sączyć piwo z przyjaciółmi, znalazł się na nabożeństwie, na którym być za żadne skarby świata nie chciał. Jednak tego wieczoru miał się tam znaleźć, choć wchodząc do Kościoła jeszcze o tym nie wiedział. To nie był przypadek, że jego przyjaciele się spóźnili, a w miejscu gdzie się umówili przechodziła akurat żona jego pracodawcy:

Siedząc na twardej ławce przygotowywał się na długie i monotonne kazanie, przed którym nic go już nie mogło uratować. Po kilku pieśniach na kazalnicę wszedł pastor Timothy East. Jego głos brzmiał głęboko i wyraźnie:
– Na dzisiejszy wieczór wybrałem tekst z Ewangelii Marka, rozdział ósmy, werset 36 i 37: Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? – zaczął.
John był już przygotowany, żeby jakoś przespać kazanie, ale coś w tych słowach obudziło jego zainteresowanie.
– Na jaką rzecz z tego świata warto byłoby zamienić twoją duszę? – pytał pastor East.
Słowa te uderzyły Johna jak grom z jasnego nieba. Na jaką rzecz z jego życia warto byłoby zamienić jego duszę? Wieczór spędzony przy piwie z kolegami? Jego ambicję, by pewnego dnia zostać bogatym kupcem? Nadzieję na znalezienie pięknej dziewczyny? Wszystkie te rzeczy wydawały się płytkie w porównaniu z wiecznością.
W jednej chwili, gdy pastor East dalej kontynuował swoje kazanie, John Williams podjął decyzję. Zrozumiał, że idzie w życiu złą drogą – i postanowił to zmienić. Tu i teraz. Nadszedł czas, by zostać chrześcijaninem. Gdy wchodził do kaplicy, czuł się zniechęcony i przymuszony przez żonę pracodawcy. Gdy godzinę później wychodził, był przekonany, że właśnie przeżył najlepszą godzinę w całym swoim życiu!

Ten jeden wieczór, kilka słów Jezusa i konkretnie postawione pytanie kaznodziei – zaważyły na reszcie życia Johna Williamsa. Przeżyliście coś takiego? Ten moment, w którym słyszysz „te słowa”, które nie pozwalają pozostać tobie takim samym jak wcześniej?

Życie Johna zmieniło się diametralnie w ciągu kilku chwil. Zaczął żyć zupełnie nowym życiem. Spędzał czas wśród innych, prawdziwie wierzących chrześcijan. Czytał Pismo Święte, odwiedzał chorych i potrzebujących. Ten młody człowiek gdy w coś się angażował to całym sobą. Dlatego gdy usłyszał o tym jak wielka jest potrzeba misjonarzy, którzy będą dzielić się ewangelią z ludźmi, którzy nigdy nie słyszeli o Jezusie Chrystusie – nie wahał się ani chwili i zgłosił swoją kandydaturę, chociaż nie mógł się pochwalić odpowiednim wykształceniem. Potrzeba była jednak tak pilna, że wystarczyły referencje od jego pastora i został zakwalifikowany do wyjazdu. Jeszcze przed wyjazdem wziął ślub z młodą Mary, która również interesowała się służbą misyjną. Trzy tygodnie później wyruszyli z jedynego świata, jaki kiedykolwiek znali, do polinezyjskiego królestwa po drugiej stronie kuli ziemskiej.

GDZIE SIĘ PODZIALI TACY MĘŻCZYŹNI

Patrząc z perspektywy moich 33 lat, gdy myślę o 20-letnim Johnie, wydaje się że był właściwie jeszcze dzieckiem. Jednak dojrzałość tego młodego człowieka bardzo mnie zawstydza. Długie miesiące żeglugi wykorzystywał on na naukę, studiowanie Pisma Świętego oraz … poznawanie konstrukcji statku. Gdy miał tylko wolną chwilę, wchodził pod pokład i dokładnie przyglądał się metodom łączenia belek, uszczelniania kadłuba, itp. Wszystkie swoje obserwacje notował i sporządził szereg rysunków technicznych.

Gdy już osiadł na wyspach Polinezji zupełnie oddał się pracy. Dość szybko dotarło do niego, że byłby w swoich działaniach znacznie bardziej skuteczny, gdyby był niezależny od statków przepływających tamtędy bardzo rzadko. Niestety Towarzystwo Misyjne nie rozumiało potrzeby Johna by posiadać własny statek (wątek ten jest dość szczegółowo opisany w książce). Dlatego mimo braku odpowiednich narzędzi i materiałów, John zdecydował się samemu zbudować statek! Nie mieści mi się to w głowie, ale naprawdę to zrobił – wybudował statek i nie mówimy tutaj o kajaku czy tratwie, ale o pełnowymiarowym statku, który mógł przewozić tony towarów! Nazwał go „Zwiastun pokoju” (stąd podtytuł tej książki).

Mimo, że John Williams ukończył tylko kilka klas formalnej edukacji, potrafił znacznie więcej niż wielu dzisiejszych ludzi po ukończeniu wieloletnich studiów. Wierzę, że w dużej mierze wynikało to z jego niezwykłej pracowitości i chęci by być użytecznym. Dlatego nie tylko zbudował statek, ale i wiele budynków na wyspach. Skonstruował kuźnię. Rozmawiając z tubylcami nauczył się ich języków, opracował słowniki oraz przetłumaczył Nowy Testament. Całe swoje niedługie życie intensywnie pracował i nie zniechęcał się niepowodzeniami.

TAJEMNICA SUKCESU

John Williams żył i pracował w skrajnie trudnych okolicznościach. Trafił na wyspy Polinezji, gdzie panowały zwyczaje diametralnie odmienne od tych jakie znał z Anglii. Między poszczególnymi wyspami trwały krwawe wojny. Na porządku dziennym były brutalne napaści. Zwycięzcy pili krew przegranych, a następnie ich zjadali. Rodzice natomiast często składali bożkom w ofierze to co najbardziej kochali – czyli swoje dzieci. Do takiego świata dotarł John Williams by głosić im Dobrą Nowinę o zbawieniu w Jezusie Chrystusie.

Już wielkim sukcesem byłby sam fakt, że przeżył tam ponad 20 lat. Ale John osiągnął znacznie więcej – sprawił, że tysiące wyspiarzy przyjęło Jezusa jako swojego osobistego zbawiciela, co z kolei przemieniło całe wyspy. Kanibale zrezygnowali ze zjadania ludzkiego mięsa, a ofiary z dzieci zostały zakazane. John Williams doprowadził też do tego, że misja w Polinezji nie była zależna od tego czy Wielka Brytania przyśle kolejny statek z misjonarzami oraz pieniądze. Założył szkołę misyjną na miejscu i sprawił, że to nawróceni mieszkańcy wysp stawali się misjonarzami dla swoich braci. Ich chętniej słuchano niż białych ludzi, którzy kojarzyli się często z wyzyskiem, niewolnictwem oraz nieuczciwością. Tajemnicą sukcesu służby Johna Williamsa było to, że ewangelia szerzyła się z wyspy na wyspę za sprawą miejscowej ludności. Dlatego nawet jego przedwczesna śmierć nie zniweczyła lat jego pracy.

Poniżej cytat z cennych wskazówek Johna dla nowych misjonarzy, którzy przybyli do Polinezji:

„Będą się wam bardzo uważnie i nieprzychylnie przyglądali, żeby znaleźć jakieś błędy w waszym postępowaniu. Strzeżcie się, by nie okazywać jakiejkolwiek chęci na ich własność. Strzeżcie się pychy w swoich sercach: nie traktujcie ich w sposób wyniosły, ale ze współczuciem, pamiętając, dzięki czemu staliście się inni od nich.
Bądźcie jedno w swoich słowach. Bądźcie jedno w swoich czynach. Bądźcie jedno w swoich sercach. Nie bądźcie wobec siebie uparci. Jeżeli Bóg sprawi, że spełnią się nasze pragnienia, będziecie chrzcić, ale nie czyńcie tego pospiesznie. Niech minie trochę czasu, kiedy będziecie ich uważnie obserwować. Nie spieszcie się z przygotowaniem prawa. Możecie powiedzieć wodzom o wszystkim, co wydarzyło się na naszych wyspach, ale to od nich zależy, czy będą chcieć prawa i czy to zaproponują. Wszystko musi dojrzewać. Małym dzieciom nie daje się do jedzenia stałego pokarmu”.

ŻYJEMY W UMIERAJĄCYM ŚWIECIE

Życie Johna Williamsa zakończyło się nagle i niespodziewanie, o ile można użyć takie określenia względem człowieka, który głosił ewangelię wśród kanibali. W trakcie przeszło 20 lat służby w Polinezji, John odwiedził dziesiątki wysp i wysepek. Tego dnia nic nie zapowiadało zbliżającej się tragedii. Jednak zachowany dziennik Johna może wskazywać na pewnego rodzaju niepokój, który mu towarzyszył. Oto ostatni zapis jaki nam pozostawił:

„Żyjemy w umierającym świecie. Wkrótce jakiś przyjaciel przyniesie pozostałym przy życiu członkom rodziny wiadomość o naszej śmierci. Naszą wielką troską powinno być życie w ciągłym stanie gotowości. Jestem pełen niepokoju, ale pragnę mądrości i wierności w kierowaniu tą próbą dotarcia z ewangelią do tych żyjących w ciemnościach ludzi i pozostawiam to działanie w ręku Boga”.

John poświęcił całe swoje życie służbie Bogu, a On w pewnym momencie zdecydował zabrać go już do Siebie. To smutna, ale też pełna pięknych przygód historia.  Ludzie tacy jak John Williams realnie przyczyniają się do tego, że koniec sukcesywnie się zbliża:

Dobra nowina o Królestwie zostanie rozgłoszona po całym zamieszkałym świecie na świadectwo wszystkim narodom — i wtedy nadejdzie koniec.

(Mateusza 24:14 SNP)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s