Co jest prawdą?, Carver Alan Ames [ 47 | 2021 ]

atypowa ocena: 2/10

Żyjemy w epoce post-prawdy. Mówi się o mediach, że to czwarta władza, ponieważ kontrolując przepływ informacji, można z łatwością sterować opinią publiczną. Mnożące się fake-newsy oraz ogólna dezinformacja, sprawiają, że coraz ciężej przychodzi nam w cokolwiek wierzyć. Z rosnącą trwogą obserwuję „rozwój” sytuacji – trudno natrafić w mainstreamowych mediach na rzetelne opracowania tematów, które raz za razem rozpalają społeczeństwo. Prędzej rozwiążemy kolejny durny quiz, który odpowie nam na pytanie jakim warzywem jesteśmy, niż przeczytamy artykuł wynikający z głębokiego, wielowymiarowego zbadania jakiejś kwestii. Po części sami jesteśmy winni tej sytuacji, ponieważ rynek informacji podlega tym samym prawom co inne gałęzie gospodarki (popyt – podaż).

Jestem jednak przekonany, że wciąż wielu ludzi pragnie docierać do weryfikowalnej prawdy. Są tacy, którzy nie zaspokoją się pokazem slajdów z upraszczającym wszystko, krótkim opisem. Nadzieja w tych, którzy mimo bogatej oferty Netflixa wciąż decydują się spędzić wolne popołudnie z książką. Byłem podekscytowany gdy w moje ręce trafiła praca Carvera Alana Amesa – „Co jest prawdą?”. Sam tytuł nawiązuje do pytania zadanego niegdyś Jezusowi przez Piłata. Czy w kontekście naszych czasów nie wydaje się ono nawet bardziej aktualne niż w trakcie procesu Chrystusa? Czy w epoce post-prawdy można na nie odpowiedzieć? Ames deklaruje, że jego książka przedstawia obiektywną prawdę. Odpowiada na „pytania nurtujące wierzących w czasach niepewności i zamętu, w których często zaprzecza się istnieniu niezmiennych wartości”.

Należę do tych, którzy wierzą w istnienie obiektywnej prawdy. Uważam, że Piłat dwa tysiące lat temu zadał pytanie „Co jest prawdą?” kompetentnej osobie. Wierzę, że w nauczaniu Chrystusa można odnaleźć ponadczasową prawdę. Niestety książka Carvera Alana Amesa w wielu punktach mocno się z nią rozmija.

Pracy Amesa nie mogę ocenić dobrze, nie dlatego, że ma on inne poglądy od moich, ale dlatego, że jest nierzetelna. W tym samym czasie czytałem książkę „1312” Jamesa Montague , która opowiada o społeczności ultrasów – najbardziej fanatycznych pseudokibiców. Choć mam zupełnie inne podejście do futbolu, to jednak to gruntowne opracowanie pozwala mi lepiej ich zrozumieć. Choć nie zgadzam się z tymi fanatykami, to szacunek oznacza, że podejmuję próbę poznania ich historii i motywacji. Do sięgnięcia po książkę Amesa zachęciło mnie to, że według wydawcy opowiada ona „czym wiara katolicka różni się od protestanckiej”. Wydaje mi się, że trochę na ten temat już wiem. Przyczyniło się do tego nie tylko pięć lat studiów teologicznych, ale również to, że przeczytałem wiele książek poświęconych zagadnieniu. Dawno nie trafiłem jednak na tak niepoważne potraktowanie czytelnika. Już pomijając kwestię powierzchowności opracowania, odnoszę wrażenie, że autor manipuluje faktami. Nie można powiedzieć, że książka odpowiada na pytanie czym się różni katolicyzm od protestantyzmu. Autor wychwala jedyny prawdziwy, święty, apostolski (w swoim odczuciu) kościół, jednocześnie tworząc swoisty paszkwil na protestantyzm (ograniczając się właściwie do Lutra).

Rozumiem, że Carver Alan Ames nie jest teologiem. Jeśli jednak decyduje się pisać o różnicach między wyznaniami, nie powinien tego robić tak powierzchownie i tendencyjnie. Nie zmienia tu nic jego zamysł, że książka ma poruszyć najważniejsze (subiektywny wybór) tematy a przy tym nie tracić przejrzystości. Wiem, że nie jest to podręcznik dogmatyki ale raczej przewodnik na nasze czasy i ogólny kierunkowskaz. Czy to jednak dobry powód by tak bardzo spłycać np. doktryny predestynacji (strony 57-58):

„Ludzie czasami wierzą w to, że niektórzy zostali wybrani, przeznaczeni do życia z Bogiem w niebie. Że wszystko, co się wydarza, zostało już ustalone przez Boga i stanie się bez względu na ludzkie działania. Grzech jest zatem częścią tego planu, dlaczego więc człowiek ma się z tego spowiadać? Niewątpliwie każdy może postępować tak, jak chce, i nie ma to wpływu na jego przeznaczenie.”

Nie jest to prawda. Jeśli katolicy chcą się dowiedzieć czegoś o protestantyzmie, to nie jest to dobra książka. Choć ciężko mi w to uwierzyć, to nawet korespondent polskiego radia, Marek Wałkuski, znacznie bardziej rzetelnie przedstawił predestynację w swojej książce „Wałkowanie Ameryki”.
Mógłbym mnożyć przykłady budzących wątpliwości fragmentów, które wynotowałem podczas lektury „Co jest prawdą?”. Szczególnie oburzył mnie jeden z rozdziału „Spowiedź” sugerujący jakoby protestanci pochwalali trwanie w grzechu (strony 54-55):

Marcin Luter uważał, iż natura ludzka została całkowicie skażona przez grzech pierworodny i dlatego ludzie zostali pozbawieni wolnej woli. Cokolwiek więc ludzie robią dobrego lub złego, to nie są ich czyny, lecz Boga. To znaczyłoby, że Bóg czyni zło, że grzeszy. To jednak jest niemożliwe, ponieważ Bóg jest czystą miłością, w której nie ma miejsca na grzech. Bóg jest samą doskonałością (Mt 5,48), nie może więc być w nim ani śladu zła lub grzechu (Hbr 4,15). Wskutek tego przekonania ludziom może się wydawać, że ponoszą niewielką odpowiedzialność za swoje grzechy, ponieważ są one wolą Boga. W ten sposób każdy, kto grzeszy, bez względu na to, jak wielki jest jego grzech, może powiedzieć, że to dzieło Boga, i uważać, że dalsze grzeszenie jest dozwolone. (…)   

Marcin Luter w swoim liście do Filipa Melanchtona stwierdza:
„Bądź grzesznikiem, grzesz śmiało, ale tym mocniej wierz w Chrystusa i raduj się w Nim, ponieważ pokonał grzech, śmierć i świat. Dopóki tu [na świecie] żyjemy, dopóty będziemy grzeszyć. W tym świecie nie znajdziesz sprawiedliwości […]. Nam zaś powinno wystarczyć, że dzięki Bożej chwale poznaliśmy Baranka, który gładzi grzechy świata. Żaden grzech nie może nas od niego oddzielić, nawet gdybyśmy codziennie tysiąc razy oddawali się cudzołóstwu i mordowali.”

Nie chcę gloryfikować Lutra. Wiem, że popełniał błędy i zdarzało mu się mieć cięty język (mówiąc oględnie). Jednak próba wykazania jakoby zachęcał on do trwania w grzechu to zadanie wyjątkowo karkołomne! Wymagało ono od Amesa wyrwanie z kontekstu fragmentu jego listu do współpracownika – a moje uzasadnione wątpliwości wzbudziło to, że nie opatrzył go przypisem (choć do innych cytowanych fragmentów znajdziemy w książce odnośniki). Chcąc dotrzeć do źródła napisałem do wymienionego na stronie redakcyjnej konsultanta – profesora z Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Choć był on zaskoczony faktem, że wydawnictwo powiązało go z tą książką (bez pytania)  – odnalazł dla mnie ten list. Jego wydźwięk w całości jest zupełnie inny niż prezentuje to Carver Alan Ames. (Jeśli ktoś chce to sprawdzić – list numer 99, 1 sierpnia 1521.)

Choćby ten przykład stawia pod znakiem zapytania rzetelność powyższej książki. Nie odmawiam autorowi szczerej przemiany w życiu (w młodości należał do gangu i nie stronił od przemocy i używek) oraz najlepszych intencji. Dopuszcza się jednak manipulacji, aby wykazywać jako prawdę to co uznał a priori za prawdziwe. Sięgając po książkę powinniśmy mieć świadomość, że to zbiór nie do końca spójnych poglądów autora, a nie wynik przeprowadzonych badań czy analizy tekstów biblijnych. Choć Pismo Święte cytowane jest często, to wielokrotnie autor wyrywa fragmenty z pierwotnego kontekstu, aby „uzasadnić” przyjętą przez siebie „prawdę”. Kwintesencją jest rozdział „Modlitwa powtarzalna” (s. 107-108) gdzie autor prezentuje rzekomy dowód z ewangelii na to, że Jezus modlił się różańcem:

Oczywiście różaniec nie jest wielomówstwem, ale recytowaniem słów Pisma Świętego. Sam nasz Pan, Jezus Chrystus, modlił się w taki sposób: „Zostawiwszy ich, odszedł znowu i modlił się po raz trzeci, wypowiadając te same słowa” (Mt 26,44).

Wystarczy jednak otworzyć Ewangelię Mateusza i przeczytać fragment 26,36-46 aby poznać kontekst sytuacji. Jest to absolutnie wyjątkowa chwila w życiu Jezusa. Znajduje się w Getsemani na chwilę przed aresztowaniem. Trwa w modlitwie i trzykrotnie zwraca się do Boga w sprawie czekającej go męki. Powtarza myśl, a nie te same słowa (porównaj wersety Mt 26,39.42.44). Fragment ten absolutnie nie jest autoryzacją różańca!

To, że książka prezentuje silnie katolickie poglądy autora nie stanowi dla mnie problemu. Chętnie poznaję inne zdanie niż moje. Niepokoi mnie jednak forma i autorytarność wypowiedzi Amesa i prezentowanie swoich osobistych poglądów jako jedyną „objawioną prawdę”. Z książki dowiadujemy się między innymi, że:

– Kto nie uznaje autorytetu papieża, w pewnym sensie jest antychrystem (strona 19)
„Żądanie rozdzielenia państwa od Kościoła to idea humanistyczna obecna już w starożytnej Grecji i szerząca się jak rak w wielu krajach” (strona 27)
– Nie branie udziału w wyborach parlamentarnych to odrzucenie Chrystusa (strona 28)
„Należy pamiętać, że Kościół rzymskokatolicki nigdy nie domaga się od ludzi pieniędzy ani innych dóbr materialnych, lecz prosi o dobrowolną ofiarę według indywidualnych możliwości. Różni się tym od niektórych wyznań, które wymagają dziesięciny od swoich członków. Czy ktoś jednak pyta ich, co robią z tymi pieniędzmi lub dlaczego nie trafiają one do biednych?” (strona 36)
– Antykoncepcja prowadzi do homoseksualizmu (strony 91-92)
– Jezus nie miał rodzeństwa bo poprosił Jana o opiekę nad Marią (strona 105)
– „(Figury świętych) mogą zbliżyć ludzi do Boga. Przez nie, tak jak za pośrednictwem figury węża, Bóg może wylać swoją łaskę, by uzdrowić i nawrócić ludzi” (strona 110)

Najsmutniejsze jednak ze wszystkiego w całej tej książce jest dla mnie usprawiedliwianie odkrytej w kościele pedofilii. Autor w rozdziale „Skandale w Kościele” (strony 31-34) cytuje swój własny list z 2003 roku:

„Tak naprawdę bardzo, bardzo nieliczna grupa księży popełnia taki grzech, choć w relacjach medialnych sprawia on wrażenie powszechnego wśród duchowieństwa. (…)
Teraz jest czas, by wszyscy katolicy stanowczo i publicznie wspierali swoich księży oraz nie dali się porwać niemal histerycznym reakcjom na to, co się stało. Musimy zrozumieć, że w normalnym społeczeństwie jakiś odsetek ludzi popełnia ten straszny czyn, ale to nie znaczy, że wszyscy tacy są. Kapłani również są częścią społeczeństwa, więc należy się spodziewać, że niewielki procent z nich będzie dotknięty taką demoniczną chorobą duszy. (…) Powinniśmy także zdać sobie sprawę, że ci chodzi ludzie obecni w naszym społeczeństwie będą czuli pociąg do profesji związanych z opieką nad dziećmi, wobec których mogliby nadużywać swojej pozycji. To nie dzieje się tylko w stanie kapłańskim i nie tylko w Kościele katolickim.
(…) musimy przebaczać i pewnie trwać przy Chrystusie oraz w Nim, by stawić czoła złu, które dzisiaj atakuje Jego Kościół.”

Dla mnie to idealny (aczkolwiek bardzo smutny) przykład odwracania kota ogonem. Ujawnianie afer pedofilskich, staje się w oczach Amesa, atakiem na kościół i histerycznymi reakcjami, którym trzeba się przeciwstawić. Autor, który w ten sposób mierzy się z niewygodnymi faktami, w moim odczuciu odbiera sobie etyczne prawo do pisania na temat tego „co jest prawdą”.

Na polskim rynku wydawniczym na szczęście dostępne są znacznie rzetelniejsze książki. Jeśli ktoś chciałby poznać różnice między protestantyzmem a katolicyzmem to serdecznie polecam: „Czy jesteśmy razem?” R.C. Sproula. Autor choć nie ukrywa swoich przekonań, to w sposób rzetelny prezentuje poglądy strony przeciwnej, cytując obowiązujące dokumenty kościoła. W ten sposób pomaga czytelnikowi szukać prawdy, a nie narzuca swojego rozumienia jej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s