Ale czy fale hejtu go nie zaleją?

Są fragmenty Pisma Świętego, które cytujemy chętniej od innych. Niewątpliwie należy do nich zapewnienie Jezusa skierowane do Piotra, dotyczące trwałości Kościoła:

A Ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go” (Mt 16,18 BW).

Bez dwóch zdań – to prawda. Mija blisko 2000 lat od dnia zesłania Ducha Świętego, który można uznać za początek Kościoła Jezusa Chrystusa. Przez ten czas praktycznie wszystko uległo zmianie, ale Ewangelia wciąż jest głoszona. Wydarzyło się wiele złego na przestrzeni wieków. Chrześcijanie byli i są prześladowani. Trzeba być szczerym i przyznać, że również ci, którzy mieli Boga na ustach, dokonali wielkich zbrodni. Mimo to – bramy piekielne nie przemogły prawdziwego Kościoła.

Można by zadać pytanie – czy Kościół z tych różnych opresji, które go nie pokonały, wyszedł osłabiony czy wzmocniony? W odpowiedzi moglibyśmy jednak usłyszeć, że to już zależy od tego, który Kościół konkretnie mamy na myśli. Część kościołów chrześcijańskich przecież znikła. Wielu historycznym kościołom zarzuca się, że są martwe. Powstaje jednak wciąż wiele nowych kościołów chrześcijańskich. Jedne ogłaszają przebudzenie, gdy inne milkną. Jedne dążą do porozumienia ponad podziałami, inne mają charakter separatystyczny. Jedne drugim odmawiają prawa nazywania się Kościołem, roszcząc sobie prawo do bycia jedynym, prawdziwym, powszechnym kościołem. Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Jak to współgra z cytowanym zapewnieniem Jezusa Chrystusa?

Czytaj dalej „Ale czy fale hejtu go nie zaleją?”

Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska [9 | 2020]

atypowa ocena: 8/10

To, że nie zdajemy sobie sprawy z jakiegoś problemu niestety nie oznacza, że on nie istnieje. Co gorsza, może stanowić dla nas zagrożenie. Nie znam się za bardzo na mechanice, ale to nie sprawia,  że moje auto będzie wolne od usterek, bo ja o nich nie wiem. Stąd wziął się wymóg regularnych przeglądów technicznych, aby nie dopuścić do tego bym nieświadomie stanowił zagrożenie dla siebie i innych uczestników ruchu. Jeśli wykryto jakąś usterkę moim zadaniem jest jej wyeliminowanie nim ruszę na drogi. Zignorowanie tego i dalsze używanie auta jest postawą skrajnie lekkomyślną, która może się wiązać z nieodwracalnymi konsekwencjami. Praktyka życia pokazuje jednak, że często w życiu wolimy nie wiedzieć o istniejącym problemie. By spać spokojnie? Czy wyparcie jest dobrą drogą do lepszego snu?

„Polska odwraca oczy” to zbiór krótkich, trudnych do przełknięcia reportaży. Justyna Kopińska brutalnie szczerze opisuje sprawy, o których większość woli po prostu nie wiedzieć. Okazuje się, że jako społeczeństwo zdecydowanie zbyt często odwracamy oczy, dając w ten sposób milczące przyzwolenie na wciąż trwającą niesprawiedliwość i krzywdę tych, którzy nie mają już sposobu by się bronić. W książce opisane są spawy, którymi żył cały kraj (jeśli sondować to życie nagłówkami gazet) oraz te, o których może nikt by nie usłyszał, gdyby nie zadająca pytania autorka.

Tu warto potencjalnych czytelników przestrzec – jeśli wzruszasz się oglądając „Na wspólnej” może być Ci przebrnąć przez wszystkie reportaże. Występuje tu nagromadzenie krzywdy, gwałtów, morderstw, psychotropów, molestowania, bicia, wykorzystywania, bezduszności, horrendalnej głupoty i festiwal błędów – a to wszystko w najgorszym wydaniu, bo nie fantastycznym, ale najzupełniej realnym. Te dramaty rozegrały się w Twoim mieście, w mieszkaniu obok, w szpitalach i więzieniach, którym ufamy, że wykonują należycie swoją pracę. A najsmutniejsza jest ta świadomość, że dzieją się one nadal, tylko ci którzy krzyczą być może są zamknięci w miejscu skąd nie wydobywa się krzyk. Ja przeczytałem tę książkę w trzech podejściach i za każdym razem byłem mocno przybity. Tak zwyczajnie jest mi wstyd, że to człowiek człowiekowi gotuje taki los.

Czy warto katować się historiami o katach? Czy warto burzyć się na upośledzone sądy? Czy to czemuś dobremu może posłużyć? Wierzę, że tak. Dobra lektura, to ta która budzi w nas emocje, nawet jeśli nie są one przyjemne. Ważne by nie pozostawać obojętnym. Odwracanie wzroku nie przystoi dojrzałym ludziom. A proces dojrzewania to nie tylko motylki w brzuchu i zaczytywanie się Dostojewskim. Lepszy jest smutek niż śmiech, bo gdy smutek na twarzy, serce staje się lepsze” (Kzn 7,3). Dlatego choć już po pierwszym reportażu o żonie Trynkiewicza cały się w środku burzysz – nie odwracaj wzroku. Czytaj dalej i pomyśl, że te wszystkie historie są niestety znacznie bliższe niż mogłoby się wydawać. Antybohaterami tych historii nie są tylko bezwzględni bandyci, ale również osoby, które dedykowały swoje życie służbie innym. To osoby, które kształciły się by świadczyć pomoc, opiekować się słabszymi, leczyć ich. A jednak na jakimś etapie część z nich porzuciła swoje ideały, dała się złamać. Część z nich sama kiedyś doznała krzywdy, inni złapali się na poczucie władzy, albo łatwy pieniądz. Swego czasu nawet apostoła Pawła spotkała gorycz tego, że Demas go opuścił bo bardziej „umiłował świat doczesny” (2 Tm 4,10).

Czego mnie to uczy? „A tak kto mniema, że stoi niech baczy by nie upadł” (1 Ko 10,12). Zło siedzi w człowieku i kroczek po kroczku potrafi nim zawładnąć. Nie dzieje się tak, że np. active shooter wiedzie spokojne, uczciwe życie aż pewnego dnia, ni stąd ni z owąd idzie zabijać. Zło dojrzewa w nim latami, dlatego jeśli nie będziemy odwracać oczu może częściej uda się zareagować.

„Niech nikt, kuszony przez zło, nie mówi, że to Bóg go kusi. Bóg jest niepodatny na zło i sam nikogo nim nie doświadcza. Źródłem pokus człowieka są jego własne żądze. To one go pociągają i nęcą. Gdy żądza się rozwinie, rodzi grzech, a gdy grzech dojrzeje, rodzi śmierć”. (Jakuba 1:13-15 SNP)

Choć światopoglądowo w wielu kwestiach z panią Justyną pewnie nie mógłbym się zgodzić nie przeszkadza mi to by być wdzięcznym za to, że odważyła się zadać tyle trudnych pytań. Dziękuję, że dzwoniła, pisała, spotykała się zarówno z ofiarami jak i oprawcami. Bez wątpienia ryzykowała, ale wierzę, że nie na darmo. Udało się pchnąć kilka spraw na przód. Doprowadzić do ponownego rozpatrzenia pewnych spraw. Udało się osadzić tych, którym dotąd się upiekło. Ale myślę, że wydarzyła się jeszcze jedna, nawet ważniejsza kwestia – tysiące czytelników nie odwróciło oczu. Patrzmy odważnie i reagujmy. Ale nader wszystko zaglądajmy w siebie, czy nie kiełkuje w nas coś złego nad czym dziś jeszcze można zapanować. Nie ignorujmy zła, nie odwracajmy oczu.

3 cytaty z książki:

Kilka dni później student spieszył się na egzamin i przebiegł na czerwonym świetle, bo nic nie jechało. Policjanci go zatrzymali, a on wyciągnął taką roztopioną już od słońca czekoladę z orzechami i poprosił: „Panowie, zlitujcie się, tak się spieszę na egzamin, całą noc się uczyłem”. I oczywiście uradowani policjanci aresztowali go za próbę przekupstwa przy użyciu cennej rzeczy. Jak postawili chłopaka przed prokuratorem, to cały się trząsł. Chyba po czasie spędzonym w areszcie sam już uwierzył, że jest przestępcą. Dzielni policjanci nawet udokumentowali tę czekoladę. Przynieśli mi liczne zdjęcia. Najbardziej żal mi było jego matki. Zadzwoniła do mnie i zaczęła szlochać, że jej syn nie jest przestępcą. Błagała, żeby go wypuścić. Miałem ochotę ją przeprosić, że policjanci dla statystyk czepiają się uczciwych ludzi, a bandyci chodzą po ulicach. Było mi wstyd za policję.

==========

Gdy okazało się, że Grzegorz po prostu nie słyszy, poszłam do pani psycholog w ośrodku na Kamieńcu w Zakopanem. Spytałam, dlaczego orzeczono, że jest upośledzony w umiarkowanym stopniu, skoro mógł iść do normalnej szkoły. Okazało się, że na każde dziecko ośrodek dostaje duże dotacje. Psycholog powiedziała wprost: „Jak rodzice podejrzewają u dziecka niepełnosprawność umysłową, zawsze wystawiam opinię »umiarkowanie upośledzony«, gdybym wystawiła inną, to dyrektor ośrodka chybaby mnie zabił”.

==========

Najważniejsze w życiu to zaakceptować swoją przeciętność. Bo inaczej człowiek ma wieczny niedosyt i nie umie być szczęśliwy.

==========

Instytucja zamknięta rządzi się swoimi prawami. Tam wszystkie emocje, jak strach, poniżenie, władza, są spotęgowane. Najpierw funkcjonariusz myśli, że robi dobrze, wnosząc na teren zakładu wódkę czy narkotyki, bo działa na rzecz wyjaśnienia przestępstw. Ale przestrzeń zakładu jest mała i więzień cały czas obserwuje funkcjonariusza. Widzi, że wnosi amfetaminę i liczy sobie kilka razy więcej niż na wolności, więc w sytuacji pyskówki słownej w końcu skazany krzyknie: „A ty jesteś większy kryminalista niż ja”. I co robi strażnik, gdy widzi, że siła jego autorytetu przestała działać? Jedyną szansą dla zachowania swojej pozycji jest wówczas użycie siły fizycznej. Woła więc kilku funkcjonariuszy i biją skazanego. Pewnie za pierwszym razem biją, aby zrozumiał, kto tu rządzi. Ale natura ludzka jest bardzo przewrotna. Po kilku takich zajściach funkcjonariusze czują, że przemoc zaczyna sprawiać im przyjemność. To jest jak adrenalina, narkotyk. Widzisz przed sobą związaną, bezradną zwierzynę i nie potrafisz przestać. Bo w życiu prywatnym masz problemy finansowe, żonę, która ma do ciebie pretensje, a tam w celi z pałą czujesz się Bogiem. Kto z tego zrezygnuje? To nie jest przypadek, że akurat w Płocku zmarł Sławomir Kościuk, zabójca Olewnika, i przewieziono tam kolejnego ze świadków, który również popełnił samobójstwo. Działania operacyjne policji w zakładach karnych przyczyniły się do najważniejszych patologii polskiego więziennictwa.

Ta dobra izolacja …

Izolacja w ostatnich tygodniach wkroczyła na salony, zamykając większość z nich –  i nie chodzi tylko o salony fryzjerskie.

Są takie słowa, których nie używaliśmy zbyt często przed wprowadzeniem pandemii i do nich zalicza się właśnie izolacja. Przez to co się dzieje (lub sądzimy, że się dzieje) – źle się te słowa kojarzą. Gdy wypowiemy na głos słowo „izolacja” nie brzmi ono przyjemnie. W moich uszach brzmi ono tak zimno, technicznie, beznamiętnie.

Wielu zostało ostatnio zmuszonych do izolacji i nie chodzi bynajmniej tylko o osoby poddane kwarantannie. Każdego z nas w mniejszym lub większym stopniu dotknęła izolacja, oddzielenie od naszej naturalnej codzienności. Wielu pracuje aktualnie z domu, a niektórzy zastanawiają się czy będą w ogóle mieli możliwość wrócić do dawnej pracy. Trzeba nam było zrezygnować z niektórych nawyków, oraz wyrobić sobie nowe (wciąż zapominam zabrać ze sobą maseczki wychodząc z domu). Rodzice dzieci w wieku szkolnym muszą przypomnieć sobie podstawy matematyki, a dziadkowie znaleźć sposób by nie uschnąć z tęsknoty za wnukami.

Czy izolacja jest taka zła jak brzmi? Czy słusznie dominują pejoratywne skojarzenia?  Słownik języka polskiego definiuję izolację jako: „bycie w odosobnieniu, bycie poza oddziaływaniem otoczenia; alienacja, odosobnienie, odseparowanie;” oraz po prostu:  „oddzielenie danego ciała fizycznego od otoczenia warstwą specjalnie przystosowanego materiału”.

            Im więcej myślę nad izolacją, tym bardziej jestem przekonany, że może być ona dobra, a  czasem jest nawet potrzebna. Uzmysławiają mi to proste obserwacje. Bo na przykład, jeśli budujemy dom, a nie ma on odpowiednio zaizolowanych fundamentów – prędzej czy później będziemy mieli nie tylko dom, ale również spory problem. Jako samozwańczy elektryk bez większego doświadczenia uważam, że jednym z ważniejszych elementów w przyborniku adepta nauk elektrycznych jest taśma izolacyjna. Po tym jak kilkakrotnie poraził mnie prąd – dla bezpieczeństwa izoluję wszystkie kable. Choć wiem, że nie jest to konieczne, wiem też, że to nie zaszkodzi. Izolujemy się przed niebezpieczeństwem utraty zdrowia i życia. Nawet wyciągając na zimę kurtkę z szafy tak naprawdę robimy to dbając o odpowiednią izolację od warunków, które mogłyby położyć nas do łóżka.

            Z kolei Państwo dba o to by izolować od społeczeństwa tzw. element. Policja i sądy dążą do tego by odseparować od reszty tych, którzy są niebezpieczni. Robi się to, by zgodnie z definicją izolacji – byli poza oddziaływaniem społeczeństwa. Są dwa powody tych działań. By osadzeni nie mieli negatywnego wpływu na wydarzenia na mieście – to jedno. Ale drugie – równie ważne – to konieczny warunek by myśleć o jakiejkolwiek resocjalizacji.

Czy można przywrócić społeczeństwu np. złodzieja, jeśli do obiadu zasiada z paserami w dziupli? Można mu wkładać do głowy jak będzie się wspaniale czuł kiedy po miesiącach uczciwej pracy kupi sobie używane cinquecento w gazie. Ale nasze wysiłki spełzną na niczym, kiedy jego koledzy nie przejmujący się tym, że trzeba o 5:30 wstać aby się uszykować do pracy będą jeździć np. mustangami.

Podobnie jest z uzależnionymi. W odwyk wpisana jest izolacja. Czy ktoś posłałby na taki odwyk alkoholika, gdzie codziennie od 8 do 18 trwają zajęcia na temat szkodliwości alkoholu, a po 18 wszyscy idą na piwko?

Jakiś czas temu czytałem o straszliwym uzależnieniu od Internetu wśród nastolatków w Niemczech. Powstały tam pierwsze ośrodki odwykowe. Jaki byłby sens takiego ośrodka, gdyby „obozowicze” mogli zatrzymać swoje smartfony z dostępem do otwartej sieci wi-fi? Choć izolacja od Internetu wydaje im się początkowo nieludzka, to jest konieczna by nauczyć na nowo żyć tą młodzież. By zrozumieli, że można funkcjonować (i to całkiem nieźle) bez bycia w sieci.

Trwała zmiana wymaga izolacji!

Izolacja jest sprzyjającym warunkiem by zrodziły się w naszym życiu rzeczy dobre. Sprzyjającym nie oznacza jednak, że wystarczającym. Nie jest tak, że wystarczy się odizolować i wtedy życie danej osoby magicznie się uzdrowi. Gdyby tak było to w więzieniu po prostu wszystkie cele byłyby „jedynkami”. A w szpitalach psychiatrycznych z automatu każdy by trafiał do izolatki, aż wszytko znów będzie dobrze.

Tak jak roślinie nie wystarczy dać gleby do doniczki, ale warto też ustawić gdzieś z dostępem do słońca, i warto ją czasem podlać, a może i dokarmić od czasu do czasu. Żaden element sam w sobie nie daje jej szans by zakwitła, ale odpowiednia ich kombinacja i troskliwa ręka – już owszem.

Te produkowane przeze mnie mądrości nie są zakorzenione li tylko w obserwacji społeczeństwa czy przyrody. One mają solidne podstawy w historiach, które znajdujemy na kartach Pisma Świętego. Przyglądając się uważnie życiu wielu bohaterów wiary zauważymy, że izolacja stała u podstaw ich przemiany. Izolacja poprzedzała podjęcie ważnych decyzji bądź rozpoczęcie służby w innym wymiarze niż dotychczasowy. I nawet nie jest tu kluczowe czy owa izolacja była z inicjatywy oddolnej czy też przymusowa, poprzez zakucie w dyby.

Podstawą tego rozważania jest jeden z moich ulubionych wersetów Biblii: A wiemy, że kochającym Boga, to jest tym, którzy są powołani zgodnie z Jego planem, wszystko służy ku dobremu (Rz 8,28).

To obietnica, skierowana do tych, którzy kochają Boga. Pytanie brzmi czy rzeczywiście wiemy to jak stwierdza apostoł Paweł? Wszystko służy ku dobremu. Nie część doświadczeń i nie większość tego co przeżywamy, ale wszystko. Jestem przekonany, że wlicza się w to również spotykająca nas izolacja. „Niewzruszenie trzymajmy się nadziei, którą wyznajemy, gdyż Ten, który złożył obietnicę, jest wierny (Hbr 10,23)”.

Ku czemu dobremu może posłużyć izolacja tym, którzy kochają Boga?

1. Bóg preferuje szept w osobistej komunikacji

Izolacja sprzyja temu byśmy mogli słyszeć jak Bóg przemawia do nas. On może zrobić to oczywiście w taki sposób, że usłyszy to cały świat, ale … będzie znacznie lepiej jeśli nie będzie musiał podnosić głosu.

W 1 Księdze Królewskiej znajdujemy ciekawa historię Eliasza. Po tym jak rozprawił się na górze Karmel z prorokami Baala, dostał on informację od Izebel, że postara się go zabić nim upłynie doba. Czytamy dalej o jego ucieczce. Przez 40 dni i nocy szedł aż dotarł do Góry Bożej na Horebie i tam ukrył się w jaskini. Dochodzi go jednak słowo, że ma stanąć na górze i spotkać się z Bogiem. I tutaj natrafiamy na bardzo ciekawy fragment Pisma:

Wówczas Eliasz usłyszał: Wyjdź i stań na górze przed PANEM. A oto przechodził PAN! Przed PANEM dął wiatr, silny, porywisty, poruszał góry, odrywał kawałki skał — lecz nie w tym wietrze był PAN. Po wietrze zatrzęsła się ziemia — lecz nie w tym trzęsieniu był PAN. Następnie wystrzelił ogień — lecz nie w tym ogniu był PAN. Po ogniu zaległa cisza, zaszemrał cichy szept. Gdy Eliasz to usłyszał, otulił płaszczem twarz, wyszedł i stanął u wejścia do jaskini. Wtedy doszedł go głos: Co tu robisz, Eliaszu? (1Kr 19,11-13)

Wierzę, że całe Pismo jest po coś. Dlatego również ta dziwna historia czegoś nas uczy. Bóg nie był obecny w tym co my byśmy byli skłonni uznać za najbardziej oczywisty przejaw Jego potężnej obecności!

Zwróćmy też uwagę na jeszcze jedną kwestię. Eliasz był odpowiednio przygotowany, wyczulony – by właściwie rozpoznać obecność Boga. Oto ten starszy już człowiek stoi na górze, a przed nim wszystko się wali i pali. Jednak nie robi to na nim wrażenia. A po tym wszystkim zaległa cisza, zaszemrał cichy szept. I to dopiero te wydarzenie wywołują reakcję. Eliasz w tym momencie otulił swoją twarz płaszczem i usłyszał jak przemawia do niego Bóg.

            Eliasz był odpowiednio przygotowany by to rozpoznać, bo 40 dni i nocy wędrował odizolowany od wszystkiego. Ten okres izolacji posłużył jego uwrażliwieniu by odpowiednio rozpoznać Bożą obecność i usłyszeć cichy szept, w którym upodobało się Bogu być obecnym.

Bóg nie zawsze przemówi do nas przez to w czym najbardziej oczywistym wydaje się dla nas Jego obecność. Prawdziwe spotkanie z Bogiem nie musi odbywać się na wielkiej konferencji w jeszcze większej sali, gdzie ktoś będzie co chwile krzyczał, że zaraz zstąpi ogień. Bądźmy gotowi, że Bóg niekoniecznie zechce być obecny na super nagłośnionym koncercie ewangelizacyjnym. On chce przemawiać do nas często w ciszy. Tylko czy trwająca izolacja posłużyła abyśmy odpowiednio dostroili nasze duchowe ucho by to usłyszeć?

Nawet Jezus miał w zwyczaju oddzielać się, czyli de facto izolować się od zgiełku, by słyszeć Ojca:

Jednak wieść o Nim tym bardziej się rozchodziła. Skutek był taki, że wielkie tłumy przychodziły, żeby Go słuchać i doznać uzdrowienia ze swoich słabości. Jezus natomiast usuwał się na ustronne miejsca i tam się modlił (Łk 5,15-16)”.

W czym mielibyśmy być lepsi od Jezusa jeśli myślimy, że w codziennym zgiełku gdy może chybcikiem zerkniemy do Biblii (albo i nie!) usłyszymy co Bóg chce do nas powiedzieć?Potrzebujemy regularnie się izolować. Zwróćmy uwagę na to w jaki sposób Jezus uczył modlitwy:

„Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie (Mt 6,6)”.

Bóg jest wszechobecny, ale jednocześnie widzimy, że Jezus podaje nam Jego konkretną lokalizację wskazując – jest w ukryciu! Jezus radzi nam by każdy miał swoją komorę. Żeby do niej wchodzić, do ukrycia. Innymi słowy mówi – potrzebujesz się odizolować gdy chcesz rozmawiać z Bogiem. Stąd wezwanie nie tylko by wejść do komory, ale żeby przed modlitwą również zamknąć za sobą drzwi.

Ku czemu dobremu może więc posłużyć izolacja tym, którzy Boga miłują? Może nas uwrażliwić na rozpoznawanie Bożej obecności. Może nam dać sposobność by słyszeć jak do nas indywidualnie przemawia. Daje nam możliwość by spędzać więcej czasu w komorze, jeśli np. odeszła nam godzina dziennie stania w korkach.

Oczywiście sama izolacja nie wystarczy do tego. Wielu ludzi w tej powszechnej izolacji nie doświadcza wydzielenia się. Można być zamkniętym w domu, a jednak nie doświadczyć izolacji. Ba – można być nawet jeszcze bardziej pod wpływem otoczenia!

Stanie się tak jeśli czas przymusowej izolacji wykorzystujemy by nadrobić wszystkie zaległe odcinki „Na wspólnej”, lub w każdej wolnej i cichej chwili włączamy radio. Jeśli w końcu staramy się wykorzystać wszystkie darmowe minuty i obdzwaniamy wszystkich znajomych.

Odnoszę wrażenie, że ludzie mają coraz większą trudność by wytrwać w ciszy. Jakby się bali myśli, które mogą wtedy przyjść. Niektórzy mają zwyczaj, żeby cały dzień coś grało w tle, od telewizji śniadaniowej po wieczorne wiadomości.

Ile znasz świadectw, że Bóg do kogoś przemówił w znaczący, przemieniający życie sposób podczas walki o najlepsze przeceny w centrum handlowym? Albo w trakcie meczu siatkówki kiedy wszyscy tak ładnie, rytmicznie klaskali? Albo podczas lektury zajadłej kłótni na facebooku na temat tego czy chrześcijanom się Trójka powinna podobać czy jednak nie? Albo w trakcie 34 podlaskiej nocy kabaretowej kiedy Kryszak 34 raz udawał Wałęsę?

Nie twierdzę, że to niemożliwe. Ja po prostu słyszałem znacznie więcej świadectw, jak dociera do nas, że Bóg ma dla nas plan gdy jesteśmy w odosobnieniu. Gdy pościmy. Gdy wyjechaliśmy np. w góry i spędziliśmy noc w ciszy pod gwiazdami. Gdy oddajemy się studium jakiejś księgi biblijnej. Gdy jesteśmy zamknięci w naszej komorze i nie rozpraszamy się dyskusjami, które rozpalają społeczeństwo. Nie porównujemy faktów, wydarzeń i wiadomości.

2. Bóg preferuje lekcje indywidualne

Patrząc na Jezusa widzimy, że gdy przemawiał to czasem odbiorcami były tłumy, ale często mówił więcej na osobności wybranym uczniom. Czasem też objawiał coś jednostkom, gdy byli tylko we dwoje.

To się nie zmieniło. Nadal Bóg różnymi sposobami przemawia do różnych odbiorców. Przez Kościół przemawia do całego świata (Mk 16,14-16).Do Kościoła mówi za sprawą Ducha Świętego. Przemawia do wszystkich, którzy czytają Pismo Święte. Przemawia do poszczególnych zborów poprzez pastorów, kaznodziejów.  Dlatego Słowo Boże przestrzega nas przed izolacją od Kościoła:

Nie opuszczając wspólnych zebrań naszych, jak to jest u niektórych w zwyczaju, lecz dodając sobie otuchy, a to tym bardziej, im lepiej widzicie, że się ten dzień przybliża (Hbr 10,25).

Ale czytając Słowo Boże skłaniam się do tego by stwierdzić, że Bóg preferuje lekcje indywidualne ze swoimi uczniami. Zajęcia grupowe są nam potrzebne, ale często na osobności potem nam tłumaczy jak zastosować daną lekcję do naszego życia.

Sam Jezus przed oficjalnym rozpoczęciem swojej misji odizolował się od wszystkiego na pustyni i tam przeszedł niełatwą próbę (Mt 4,1-11). Ciężko mi przypomnieć sobie z Biblii historię, w której ktoś z biegu został powołany do ważnego zadania. Ci, którym powierzono największe zadania często wcześniej zostali odizolowani. Mojżesz nim wyprowadził Izraela z Egiptu został całkowicie odizolowany od poprzedniego życia. I trwało to 40 lat. A później znów – gdy Bóg wskazał mu, że to już czas, znów został odizolowany od drugiego życia, które już przecież jakoś się tam ułożyło.

Józef, który został sprzedany przez braci został odizolowany od rodziny, ale Bóg go w ten sposób przygotowywał. Lata spędził też niesprawiedliwie w więzieniu, ale i to czemuś służyło. Podobnie apostołowie przed rozpoczęciem służby byli wydzieleni w Jerozolimie. Byli razem, ale nie na rynku – tylko zgromadzeni w izbie, na modlitwie.

Czy Paweł tak w biegu został powołany by stał się apostołem narodów? Między 9 a 11 rozdziałem Dziejów Apostolskich mija 9 lat! Nie było tak, że w 35 roku na drodze do Damaszku Paweł spotyka Jezusa i nagle następuje wielka przemiana i Paweł od razu organizuje krucjaty ewangelizacyjne! W najstarszym pawłowym liście Nowego Testamentu znajdujemy informacje:

Nie udałem się też do Jerozolimy, do tych, którzy przede mną byli apostołami, lecz natychmiast odszedłem do Arabii, po czym znów wróciłem do Damaszku. Następnie, po trzech latach, wybrałem się do Jerozolimy, żeby poznać Kefasa. Przebywałem u niego piętnaście dni (Gal 1,17-18).

Do pierwszej podróży misyjnej upłynęło 9 lat od nawrócenia się Pawła! Przez ten czas on się odizolował i był przygotowywany indywidualnie do zadań, które Bóg mu powierzył.

Jeśli kochasz Boga masz prawo zadać Mu pytanie: Panie – ku czemu dobremu ma posłużyć ta izolacja, która mnie spotyka?

Bo choć dobrze jest samemu się regularnie izolować, to zdarza się, że i jesteśmy izolowani wbrew naszej woli. Wspominany Paweł kilkukrotnie trafił do więzienia. Znamy z Biblii piękne historie, gdy Bóg w nadnaturalny sposób wyprowadzał swoich uczniów z więzienia (Dz 12,6-7), jednak czy Bóg zawsze rozrywa kajdany?

Zdecydowanie nie zawsze. Ale zawsze we wszystkim współdziała ku dobremu z tymi, którzy Go kochają. Dlatego Paweł będąc kolejny raz w więzieniu może złożyć świadectwo: „Przez to coraz więcej braci w Panu, przekonanych dzięki moim kajdanom, nabiera śmiałości do głoszenia Słowa (Flp 1,14)”.

Paweł miał tyle pracy do wykonania. Stale podróżował, organizował pomoc dla innych, nauczał. Miał też wspaniałe plany by spotkać się z wierzącymi tu i tam. Wiemy, że chciał w końcu wybrać się w podróż do Hiszpanii, żeby i tam głosić Słowo Boże. Mimo mnogości dobrych planów, został odizolowany od społeczeństwa i swoich wcześniejszych zamysłów. Zastanawiałem się dlaczego tak się stało. Jestem pewien, że Paweł więcej czasu nad tym myślał i… chwycił za pióro.

W ferworze codziennej pracy czy Paweł znalazłby czas, aby napisać tak ważne listy (do Efezjan, Filemona, Filipian, Kolosan, Tymoteusza),którymi się karmimy po dziś dzień? Bóg użył tej przymusowej izolacji ku większemu dobru milionów chrześcijan.

Czy apostoł Jan mógł mieć objawienie w innych okolicznościach? Nie stało się to w amfiteatrze podczas jakieś zachwycającej sztuki, tylko gdy był zesłany (odizolowany) na wyspie Patmos.

Potraktuj izolację, jako czas indywidualnych zajęć z Panem Bogiem. Bo jeśli kochasz Boga to nigdy tak naprawdę nie jesteś sam. Choćby było tak, że wszyscy by Cię zdradzili, porzucili – nie jesteś sam.

Ewangelia Mateusza kończy się tą piękną obietnicą Jezusa – „A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata (Mt 28,20)”.

Dawid który miał pojęcie o odrzuceniu, zdradzie i izolacji świadczy:  „I choćbym nawet szedł Doliną cienia śmierci, Zła się nie przestraszę — Przecież Ty jesteś ze mną, Twoja laska i Twój kij Są mi źródłem pociechy (Ps 23,4)”.

Może się zdarzyć, że zostaniemy oddzieleni nawet od rodziny. Ale mamy podstawy by ufać, że to wszystko służy ku dobremu, jeśli kochamy Boga. Być może właśnie w ten sposób On chce przygotować cię do wielkich rzeczy. W trudnych doświadczeniach Bóg może nas używać, choć często dzieje się to w inny sposób niż my byśmy sobie wymarzyli. Czas izolacji, który przechodzisz może przynieść korzyść nie tylko Tobie, ale też innym.

3. Bóg nie działa pod presją czasu

Żyjemy w czasach instant. Wszystko chcemy szybko i na już! Jeszcze kilka lat temu można było sobie zaparzyć herbatę i się wysikać w czasie gdy próbowaliśmy ściągnąć jakieś zdjęcie z Internetu. Dziś jestem poirytowany gdy zacina mi się relacja „na  żywo” z oglądanego meczu, którą oczywiście w jakości Full HD przerzucam bezpośrednio z telefonu na telewizor.

Cierpliwość nigdy nie była naszą mocną stroną i raczej już nie będzie. Chcielibyśmy szybciej i szybciej. Tak samo chcielibyśmy aby Bóg od razu dawał nam konkretną odpowiedź na każde nasze zmartwienie czy dylemat, który nas dotknie. Chcielibyśmy żeby to się działo najlepiej zanim w ogóle zdążymy zgiąć kolana. Bóg jednak nie działa pod narzucaną przez ludzi presją czasu. Izolacja jest czymś ważnym i dobrym.  Bóg do niej dopuszcza i ma w tym jakiś cel.

Ile może trwać?  Czasem wieczór w wyciszeniu. A czasem 40 dni na pustyni. Jeszcze innym razem 3 lata w więzieniu, albo 9 lat kiedy spokojnie trwamy przygotowując się do czegoś ważnego. Niestety może się zdarzyć, że trwa i 40 lat.

Czasem „nie idzie” nam w życiu dość długo. Zdarza się, że nasz biznes zamiera. Czasem rodzina się od nas odwróciła. Ile to potrwa? Nie wiem. Ale wiem, że jeśli kochasz Boga to może to być ku dobremu.

Ile potrwa aktualna izolacja ? Może już się kończy, a może zaraz wróci Covid-20 ? Nie wiem i nawet nie chcę bawić się w przewidywanie, bo nie to jest najistotniejsze. My z natury chcielibyśmy,  żeby ten okres minął jak najszybciej. Ale czasem proces musi trwać.

Kupiłem rok temu sadzonki agrestu w Lidlu, bo miałem ochotę przypomnieć sobie smaki, które pamiętam z działki moich dziadków. Przeżyłem niemałe rozczarowanie gdy mnie ktoś uświadomił, że to nie w tym i raczej nie w następnym roku będę miał okazje na te reminiscencje. Potrzeba lat aby krzak się przyjął i wydał owoc.

„Pan nie zwleka z dotrzymaniem obietnicy, chociaż niektórzy uważają, że zwleka, lecz okazuje cierpliwość względem was, bo nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania (2P 3,9)”.

Trzeba nam uzbroić się w cierpliwość i uchwycić tej obietnicy, że Bóg z tymi którzy Go kochają współdziała we wszystkim ku dobremu! Z tą ufną nadzieją możemy poddać się izolacji z pewnością, że ten czas jest potrzebny i będzie owocny. Nawet jeśli nie dla nas – to chociaż dla innych może się taki okazać. Może w tym czasie możemy zatroszczyć się o innych, wykorzystać nasze umiejętności by komuś pomóc? Albo po prostu mamy wzrastać?

40 lat minęło

Dziś upływa dokładnie 40 lat od dnia, gdy mój Tata zakończył naukę w Szkole Biblijnej. Przyglądam się Jego wiernej służbie od blisko 33 lat. Nikt nie jest idealny i nie zostałem wychowany w domu, w którym sobie szczególnie słodzimy, ale… bez wątpienia podziwiam Go właśnie za wierność. Wierność Słowu Bożemu i służbie.

Pamiętam jak straszliwy szok poznawczy przeżyłem gdy na część mojego życia trafiłem do Warszawy. Poznałem wtedy wielu ludzi traktujących kościół jako sposób na całkiem niezłe (czyt. dostatnie) życie. Dopiero wtedy – w wieku 19 lat – zobaczyłem, że można nie stosować w tygodniu tego co tak pięknie ubiera się w słowa w niedzielę. Zostałem wychowany inaczej i jestem za to wdzięczny. Wielokrotnie Tata pokazał mi spójność swojego życia z tym co głosi. Dziś napisał, że z natury nie jest dobrym człowiekiem. Może tak jest, bo i ja z natury jestem paskudnym człowiekiem, ale … dzięki wszczepionej we mnie bojaźni względem Słowa Bożego wiem, że moje życie jest dziś pełne błogosławieństw (na które bez dwóch zdań nie zasługuję).

Wiem też, że chciałbym zdobyć takie świadectwo wiary i służby jak mój Tata.

Jako dziecko lubiłem zakradać się do Jego gabinetu. Marzyłem, że jak będę duży to też będę miał tyle książek. Serie trudnodostępnych wtedy komentarzy biblijnych, najróżniejsze pozycje dotyczące chrześcijaństwa, duszpasterstwa i cokolwiek mogło być przydatne by lepiej poznać Jezusa. Prowizorycznie sklecone półki na ścianie po dzień dzisiejszy uginają się od tych pozycji. Na ścianie natomiast na styropianie przyczepiona mapa Gdańska z wbitymi szpilkami. Praktycznie nic nie zmieniło się w tym gabinecie przez lata, tak jak i Ewangelia głoszona przez mojego Tatę. Też tak kiedyś chciałem…

Dziś wiem, że to trudniejsze niż wielu mogłoby się wydawać. Praca nad kazaniem by było wierne Pismu Świętemu to często nieprzespane noce. To weryfikacja ilustracji, które się nasuwają czy są zgodne z całością Biblii. To rezygnowanie z siebie. To studiowanie trudnych fragmentów. To trwanie w modlitwie by nie tworzyć tylko intelektualnej przygody dla coraz bardziej wyrafinowanych słuchaczy. To wsłuchiwanie się w głos Ducha Świętego i często trudne boje z samym sobą, kiedy Słowo zaczyna łamać i przeorywać duszę. Jednak nie ma nic piękniejszego…

Wiem, że dzięki wiernej służbie Taty, któremu bacznie się przyglądałem – dziś ja sam buduję swoją biblioteczkę. To dzięki temu co obserwowałem ZAWSZE z szacunkiem biorę Pismo Święte do rąk.

Dziś mam swój gabinet i swoją mapę Gdańska.

Dziś też umieściłem na niej 144 chorągiewki reprezentujące 144 osoby z naszego zboru. Patrząc na nie chcę się regularnie modlić o każdą z tych 144 dusz, by Bóg nas chronił i doprowadził w wierności aż do końca drogi. Przy ulicy Bajki jest chorągiewka oznaczona MB 26/10. To mój Tata. Dziś modlę się do Boga dumny i wdzięczny za 40 lat Jego wiernej służby.  

„Zbawiony, tak jednak, jak przez ogień…”

Nasz Zbawiciel jest jednym z częściej używanych tytułów w odniesieniu do osoby Jezusa Chrystusa. Słusznie – bo nie ma nikogo innego kto mógł przynieść taki dar. Słowo Boże w tej kwestii nie pozostawia żadnego pola do interpretacji:  Nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,12].

Jezus odkupił nas z grzechów. Ocalił od wiecznego potępienia. Uratował od życia pozbawionego sensu. Ten nieopisany dar dostępny jest dla tych, którzy pozytywnie odpowiedzieli na zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa. Ten kto uwierzył, z radością rozmyśla nad tym prezentem. Od pewnych rzeczy już zostaliśmy uratowani, a część naszego zbawienia dopełni się w momencie spotkania z Jezusem na końcu naszej drogi. Apostoł Piotr pocieszał dokładnie tą myślą wierzących, którzy w pierwszym wieku zmagali się z nasilającymi się prześladowaniami:

Ażeby wypróbowana wiara wasza okazała się cenniejsza niż znikome złoto, w ogniu wypróbowane, ku chwale i czci, i sławie, gdy się objawi Jezus Chrystus. Tego miłujecie, chociaż go nie widzieliście, wierzycie w niego, choć go teraz nie widzicie, i weselicie się radością niewysłowioną i chwalebną, osiągając cel wiary, zbawienie dusz. [1Pt 1,7-9]

Każdy kto czyta regularnie Pismo Święte wie doskonale, że zbawienie jest darem, a nie efektem wytężonej pracy. Nikt nie może sam się zbawić. Więcej – nikt nie może osiągnąć zbawienia dzięki swoim zasługom! Wbrew przeświadczeniu wielu ludzi do zbawienia nie wystarczy być dobrym człowiekiem. Może się zdarzyć, że wieczność w piekle spędzi filantrop, który bezinteresownie rozdał cały swój majątek ubogim, gdy w tym samym czasie w niebie znajdzie się, ktoś kto skrzywdził setki ludzi, ale szczerze zawołał do Boga o zmiłowanie w ostatnich chwilach życia. Wielu nie chce zaakceptować tej prawdy bo wydaje się im ona niesprawiedliwa. Ale to Bóg ustala zasady i przekazał nam je w Biblii. To tam dowiadujemy się o ukrzyżowanym wraz z Jezusem przestępcy, który na krzyżu ukorzył się i otrzymał obietnicę zbawienia dosłownie w ostatnich chwilach życia. W tym samym Piśmie czytamy, że choćbym rozdał całe mienie swoje, i choćbym ciało swoje wydał na spalenie, a miłości bym nie miał, nic mi to nie pomoże [1 Ko 13,3].

Jedynym warunkiem naszego zbawienia jest szczera wiara, która jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy. […] Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu; kto bowiem przystępuje do Boga, musi uwierzyć, że On istnieje i że nagradza tych, którzy go szukają [Hbr 11,1.6].

Jestem wdzięczny Bogu, że tak wyraźnie mówi w swoim Słowie, że to nie moje starania czy siły są w stanie zapewnić mi zbawienie. Wiedząc, że jest to ode mnie niezależne – mogę odetchnąć z ulgą. Moim zadaniem jest po prostu wierzyć i pielęgnować tę wiarę.

To, że zbawienie jest darem otrzymywanym na podstawie wiary ściąga z nas nie tylko presję nieustannych wysiłków. Bóg chroni nas też przed pychą, która mogłaby pojawić się w naszych sercach. Tak to apostoł Paweł tłumaczył wierzącym w Efezie: Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił [Ef 2,8-9].

Czy to jednak oznacza, że wszyscy, którzy uwierzyli znajdą się w niebie na takich samych warunkach?

O ile powyżej cytowane fragmenty Pisma nie pozostawiają wątpliwości w kwestii, że warunkiem zbawienia jest osobista wiara, to na to pytanie odpowiedź jest trudniejsza. Chociaż nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe i trudno mi wypowiadać się z pełną stanowczością, że na pewno tak będzie – to jednak lektura Biblii daje mi konkretne przesłanki by uważać, że w niebie będzie rozróżnienie między ludźmi na podstawie tego jak żyli na ziemi.

Dlaczego tak myślę? Ostatnio sporo rozmyślałem nad enigmatycznym fragmentem listu apostoła Pawła do Koryntian:

Według łaski Bożej, która mi jest dana, jako mądry budowniczy założyłem fundament, a inny na nim buduje. Każdy zaś niechaj baczy, jak na nim buduje. Albowiem fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który jest założony, a którym jest Jezus Chrystus. A czy ktoś na tym fundamencie wznosi budowę ze złota, srebra, drogich kamieni, z drzewa, siana, słomy, to wyjdzie na jaw w jego dziele; dzień sądny bowiem to pokaże, gdyż w ogniu się objawi, a jakie jest dzieło każdego, wypróbuje ogień. Jeśli czyjeś dzieło, zbudowane na tym fundamencie, się ostoi, ten zapłatę odbierze; Jeśli czyjeś dzieło spłonie, ten szkodę poniesie, lecz on sam zbawiony będzie, tak jednak, jak przez ogień. [1Ko 3,10-15]

Fragment ten doczekał się w historii bardzo wielu interpretacji. Pewne kręgi starają się upatrywać tu nawet podstaw dla nauki o czyśćcu. Nie ma tu jednak przecież absolutnie mowy o tym, że trzeba wycierpieć za swoje grzechy by trafić do nieba! Warunkiem koniecznym dla zbawienia jest budowanie swojego życia na jedynym właściwym fundamencie, którym jest Jezus Chrystus. Tylko ten, kto to robi w trakcie życia na ziemi – osiągnie zbawienie. Po śmierci nic już nie możemy zmienić. Tak jak na nasze położenie nie będzie miało wpływu żadne wstawiennictwo innych ludzi!

Paweł informuje wierzących, że to jak żyją tu na ziemi nie jest bez znaczenia. Używa obrazu wykorzystywania różnych materiałów do budowania na założonym fundamencie. Każdy z nas buduje swoje życie. Jeśli chcesz osiągnąć zbawienie – nie możesz budować na innym fundamencie niż nauka Jezusa Chrystusa. Ale to w jaki sposób budujesz swoje życie objawi sądny dzień. Kiedy spotkamy się z Chrystusem okaże się jakiej jakości materiałów używaliśmy do budowania naszego życia. Wtedy przejdziemy próbę ognia, która obnaży jakość naszego dzieła. Naturalnie opisana próba trwałości nie dotyczy zbawienia – bo ono jest darem łaski przyjmowanym przez wiarę. Ogień jednak oceni jakość naszego życia i zadecyduje o naszej wiecznej nagrodzie!

Dlatego uważam, że to w jaki sposób dziś żyjemy chociaż nie może zapewnić nam zbawienia – będzie miało znaczenie dla naszego położenia w wieczności.

Jeśli wierzysz Jezusowi, ale mimo tego twoje życie jest budowane z materiałów niskiej jakości (drewno, siano, słoma) to choć zostaniesz zbawiony – stanie się to jak przez ogień. Biblia mówi, że poniesiesz stratę. Ten kto przeżył pożar lepiej zrozumie ten obraz. Od czasu do czasu gdy widzę np. w wiadomościach pogorzelców – towarzyszą im ambiwalentne odczucia. Z jednej strony cieszą się z tego, że żyją. Ale w tym samym czasie ich radość jest zmieszana z żalem, że utracili wszystko na co pracowali przez lata. Myślę, że łotr, który upamiętał się na krzyżu konając przy Jezusie właśnie w ten sposób osiągnął zbawienie. To wyraz wspaniałej łaski Bożej, że otrzymał życie wieczne, ale wszedł do Królestwa Bożego jak przez ogień, bez niczego. Przeżył złe życie. Doznał Bożej łaski zbawienia, ale nie miał już czasu zapracować na nagrodę.

Wierzę, że w tym wyraża się nie tylko miłosierdzie Boże ale również Jego sprawiedliwości.  Choć znalazł się w tym samym miejscu co bohaterowie wiary, to jednak z innym „stanem posiadania”. Wierzę, że w niebie będzie pewnego rodzaju różnica między nim a np. apostołem Pawłem, który mając świadomość, że przyszedł czas rozstania się z życiem wydał takie świadectwo w swoim ostatnim liście:

Albowiem już niebawem będę złożony w ofierze, a czas rozstania mego z życiem nadszedł. Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem; A teraz oczekuje mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu da Pan, sędzia sprawiedliwy, a nie tylko mnie, lecz i wszystkim, którzy umiłowali przyjście jego. [2 Tm 4,6-8].

Nie można powiedzieć, że Paweł był materialistą. Był człowiekiem oddanym sprawie Królestwa Bożego i otwarcie oczekiwał, że przyjdzie czas, że zostanie za to odpowiednio wynagrodzony: Zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie. [Flp 3,14]

To dzięki wierze zostaniemy zbawieni. Ale od tego jak przeżyjemy nasze życie zależy czy stanie się to „jak przez ogień” czy też spotkanie z Jezusem będzie dniem kiedy otrzymamy wielką nagrodę za wszystkie trudy, które ponieśliśmy ze względu na Niego. Bo jak ciało bez ducha jest martwe, tak i wiara bez uczynków jest martwa [Jk 2,26]. Nasza nadzieja nie bazuje na tym, że możemy wypracować zbawienie. Ale Bóg poprzez swoje Słowo wielokrotnie wzywa nas do dobrych uczynków – do uświęconego życia. Tak zatem budujmy nasze życie by na końcu drogi przejść próbę ognia bez większych strat!

Nasz Zbawiciel uczył wprost:

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną: Ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój – tam będzie i serce twoje. [Mt 6,19-21]

Pokój – niezwykły dar… i konkretne zadanie

Przeczytałem w ostatnim czasie książkę Jakuba Małeckiego pt. „Horyzont”. Narrator, a zarazem główny bohater tej powieści, to 35 letni żołnierz, który wrócił do Warszawy po służbie w Afganistanie. Kolejne rozdziały pozwalają nam zrozumieć, jakie są przyczyny towarzyszącemu mu wciąż niepokoju, który przeszkadza w powrocie do normalnego życia w Polsce.

Ta całkiem dobrze napisana książka skłoniła mnie do refleksji. Niestety niepokój, który paraliżuje życie to nie tylko obraz znany nam z literatury, filmu czy odległych opowieści. Wielu ludzi wokół nas boryka się z tym problemem, a niestety czasem dotyka to również i nas. Strach, lęk względem czegoś, co może nas spotkać, jest wciąż podsycany w społeczeństwie, np. przez media. Wystarczy obejrzeć wiadomości na dowolnej stacji, by poczuć się niepewnie – odbywające się manewry wojsk, plaga szarańczy w Afryce, olbrzymie pożary w Australii, postępujące zmiany klimatyczne, których nie sposób już zatrzymać. W ostatnim czasie szalejący koronawirus w Chinach, który przenika do Europy. Musimy mieć świadomość, że jeśli do naszego życia wkradnie się niepokój, będzie on też na nas wpływał.

Niepokój może mieć źródło zewnętrzne, niezależne od nas. Ale może też pochodzić z naszego wnętrza. Sami możemy być źródłem swojego niepokoju. Dzieje się tak, gdy jesteśmy nieuczciwi. Zdarzyło Ci się kiedyś wpaść na kogoś niespodziewanie? Jeśli taka osoba się wystraszyła, to mówimy wtedy: „Ty chyba masz coś na sumieniu” albo: „Musisz mieć coś za uszami”. Gdy ktoś kłamie, kradnie lub łamie jakiekolwiek inne przepisy, traci pokój, który towarzyszy ludziom o czystym sumieniu. Przestępcy, którym póki co się upiekło, muszą żyć w ciągłym niepokoju, że w końcu wszystko się wyda i nie ominie ich kara.

W Krakowie powstała policyjna jednostka śledcza „Archiwum X”, która rozwiązuje po latach niewyjaśnione sprawy kryminalne. Ktoś, kto nie poniósł kary za swoje przestępstwa nie może spać spokojnie. Każdego dnia będzie mu towarzyszył niepokój, gdy widzi gdzieś policjanta. Podobnie, ktoś kto oszukał na podatkach, z niepokojem odbiera pocztę spodziewając się wezwania do wyjaśnień i mandatu. Wielu przestępców, którym upiekło się, że nie zostali złapani, nie wytrzymuje tej presji stale towarzyszącego niepokoju i nieraz sami zgłaszają się, by poddać się karze. W końcu co to za życie, gdy każdego dnia trzeba mierzyć się z niepokojem?!

Pragnienie pokoju, czy też potrzeba pokoju jest czymś, co towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Choć niepokój powodowany był przez różne rzeczy na przestrzeni wieków, to jednak brak pokoju uniemożliwia osiągnięcie prawdziwego szczęścia. Ta potrzeba łączy nas – współczesnych, zmęczonych pracą i zimową aurą Polaków – z ludźmi żyjącymi we wszystkich wcześniejszych epokach. 

W tym kontekście przyjrzyjmy się jednemu z niezwykłych tytułów, jaki otrzymał w starotestamentowym proroctwie oczekiwany przez Izraelitów Mesjasz: Oto narodziło się Dziecko! Syn został nam dany! Władza spocznie na Jego ramieniu! Nazwą Go: Cudowny Doradca, Bóg Mocny, Ojciec Odwieczny, Książę Pokoju! (Iz 9,6)

Czytaj dalej „Pokój – niezwykły dar… i konkretne zadanie”

Czy chrześcijanin może…

            Moja mama wychowująca się w ewangelicznie wierzącej rodzinie, jako młoda dziewczyna nie mogła robić wielu rzeczy, o które jej rówieśnicy nie myśleli nawet się pytać. Różne wynikające z wiary zakazy wpływały na jej ubiór i sposób w jaki spędzała czas. Chociaż sama była mniej restrykcyjna w podejściu do mnie niż dziadkowie w stosunku do niej – od dziecka zostało mi na przykład wpojone, że jako chrześcijanin nie powinienem grać w karty. Nie pamiętam w jaki sposób było mi to tłumaczone, ale wiedziałem, że Panu Bogu się to nie podoba. Przypominam sobie towarzyszące mi poczucie winy gdy w wieku około 10 lat pojechałem z klasą do Zakopanego na Zieloną Szkołę i dałem się namówić kolegom z pokoju, że nauczą mnie grać w pokera. Nie graliśmy na wysokie stawki, nikt z nas nie przegrał mieszkania. Rozgrywka nie miała miejsca w ciemnej od papierosowego dymu spelunie, a wygrane popijaliśmy jabłkowo-miętowym Tymbarkiem. Niemniej jednak czułem, że łamię pewien zakaz, który przecież nie wynika ze Słowa Bożego, ale był przekazywany w dobrej wierze z pokolenia w pokolenie wśród chrześcijan. Domyślam się jakie jest jego pochodzenie: Gra w pokera niejednego człowieka wpędziła w nałóg, długi i przez to wielkie tarapaty. Ponadto jest to gra, w której najwięcej zyskuje ten kto najlepiej umie blefować (wyszukane określenie kłamstwa). Nie dziwię się zatem, że gdy Boże przebudzenie przyszło do Stanów Zjednoczonych, wielu uwolnionych z grzesznego życia ewangelistów nawoływało by w ogóle unikać kart. Minęły dziesiątki lat, i również ja – chłopak wychowujący się nad Bałtykiem – usłyszałem echo tego wezwania w formie przekazanego mi zakazu gry w karty.  

            Z wieloma takimi i podobnymi zakazami mogliśmy się spotkać w Kościele. Zwłaszcza starsi wierzący dobrze pamiętają kaznodziejów, którzy w latach 70.-80. ubiegłego stulecia gromili z kazalnic wszelkie światowe rozrywki. Czytając artykuły z tamtych lat natrafimy na opinie, że chrześcijanin nie może chodzić na zabawy, nie może chodzić do kina, nie może słuchać muzyki rockowej, nie może oglądać telewizji, nie może robić sobie kolczyków, że już o tatuażach nie wspomnę. Kilkadziesiąt lat temu wiele zborów w Polsce miało charakter zbliżony do purytańskich społeczności XVI i XVII wieku, słynących z restrykcyjnych zasad dotyczących moralności.

            Obserwując od trzydziestu lat Kościół dostrzegam w ostatnim czasie wychylenie tego wahadła charakteru zborów w zupełnie drugą stronę – całkowitej, zupełnej, niczym nieskrępowanej wolności. Widać to zwłaszcza wśród kolejnego pokolenia wierzących, tzn. tych którzy od dziecka wychowywali się w ewangelicznie wierzących rodzinach. Od młodości słyszeli zakazy w domu i Kościele. Choć intencje, które za nimi stały były dobre i słuszne, możliwe, że zabrakło starszym wierzącym (rodzicom, nauczycielom Szkółki Niedzielnej, duchownym) czasu i cierpliwości by je odpowiednio wyjaśnić. Nie ma w tym nic dziwnego, że nie dostrzegając sensu tych zakazów wierzący ci niczego nie chcą już zakazywać swoim dzieciom. Niektórzy przez lata wspominają np. swoje rozgoryczenie, gdy rodzicie nie puścili ich na studniówkę bo to „świecka zabawa” albo zabronili chodzić na lekcje tańca.

Również pastorzy, którzy ostrzegali w ostrych słowach przed wszelkim kontaktem ze współczesną kulturą albo odeszli już do Pana, albo znaleźli się na emeryturze i ich głos przestał być słyszalny. Dobrze pamiętam, gdy wierzący byli przestrzegani przed Internetem. Były nawet kazania mówiące, że to narzędzie diabła. Dziś natomiast wielu pastorów jest bardzo aktywnych w mediach społecznościowych, a niejeden udostępnia znajomym do posłuchania swoje ulubione kawałki rockowe, wykonawców przed którymi nie tak dawno ostrzegali inni duchowni.

Jak to rozumieć? Jak się w tym wszystkim połapać i nie zgłupieć zupełnie?  Wciąż zdarza mi się usłyszeć pytania: Czy po przyjęciu Jezusa do swojego życia nadal będę mógł zapalić? Pójść na imprezę? Czy jako wierzący mogę oglądać Grę o Tron albo czytać Harrego Pottera? Czy będę mógł iść do pubu obejrzeć mecz z kolegami przy piwie? Czy będę mógł robić sobie dalej tatuaże?

Choć sam swego czasu zadawałem podobne pytania to dociera do mnie, że nie są one właściwe. Nie chodzi wszakże o to by ktoś z Kościoła przedstawił nam listę zakazów, abyśmy mogli się dzięki jej przestrzeganiu stać dobrymi chrześcijanami. To nie mądrość duchownego ma wpływać na to jak spędzamy swój wolny czas, w jakim kierunku rozwijamy swoje pasje. To nasza osobista relacja z Jezusem, trwanie w modlitwie i lektura Słowa Bożego będą nam regularnie mówiły co jako chrześcijanie możemy, a czego nie możemy. Spójrzmy zatem do Biblii czego ona nas uczy w tym temacie:

  1. NIE PODDAWAJMY SIĘ ZAKAZOM LUDZKIEGO POCHODZENIA

Z całą pewnością nie jest to niczym nowym, że wśród ludzi wierzących pojawiają się strażnicy moralności i nauczyciele, którzy mają odpowiedzi na każde pytanie i z wielką łatwością recytują dziesiątki punktów co chrześcijanin musi, a czego nie może robić. Strzeżmy się takich osób i badajmy jakie są podstawy ich zakazów. Dokładnie z takimi nauczycielami mierzył się już blisko 2000 lat temu apostoł Paweł. Od zboru do zboru przemieszczali się wówczas ludzie, którzy świeżo upieczonym wierzącym starali się narzucić masę zasad, których sami nie byli w stanie przestrzegać. Poganie, którzy przyjmowali Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie i uznawali Go swoim osobistym Zbawicielem nie znali przecież pism Starego Testamentu, które studiowali od dzieciństwa Żydzi. Mając tę przewagę wiedzy, a być może nawet mając dobre intencje – narzucali na wierzących wywodzących się z pogan setki pochodzących z zakonu przepisów, dotyczących pokarmów, wyglądu, spędzania wolnego czasu. Dlatego Paweł uspokaja wierzących w Kolosach:

Niechże was tedy nikt nie sądzi z powodu pokarmu i napoju albo z powodu święta lub nowiu księżyca bądź sabatu. Wszystko to są tylko cienie rzeczy przyszłych; rzeczywistością natomiast jest Chrystus.(…) Jeśli tedy z Chrystusem umarliście dla żywiołów świata, to dlaczego poddajecie się takim zakazom, jakbyście w świecie żyli: Nie dotykaj, nie kosztuj, nie ruszaj? Przecież to wszystko niszczeje przez samo używanie, a są to tylko przykazania i nauki ludzkie. Mają one pozór mądrości w obrzędach wymyślonych przez ludzi, w poniżaniu samego siebie i w umartwianiu ciała, ale nie mają żadnej wartości, gdy chodzi o opanowanie zmysłów. (Kol 2,16-23)

Jako ludzie posłuszni Bogu jesteśmy powołani do tego byśmy opanowywali nasze zmysły i prowadzili uświęcone życie. Nie powinno się to jednak odbywać na zasadzie przestrzegania całej listy zakazów zatwierdzonej przez kościelnych hierarchów. Wiele z nich będzie brzmieć mądrze, ale może to być tylko pozór. Nie zapominajmy o tym co Paweł swego czasu musiał przypomnieć wierzącym Galacjanom:

Chrystus przyniósł nam wolność. Stójcie więc niezachwianie i nie schylajcie się znów pod jarzmo niewoli. (Gal 5,1)

2. WSZYSTKO NAM WOLNO, ALE…

Natchniony przez Ducha Świętego apostoł Paweł rozwija swoją myśl w dalszej części swojego listu do Galacjan:

Wy bowiem, bracia, zostaliście powołani do wolności. Tylko niech ta wolność nie będzie dla was zaproszeniem do spełniania zachcianek ciała. Służcie raczej jedni drugim z miłością. Gdyż całe Prawo streszcza się w tym jednym zdaniu: Masz kochać bliźniego tak, jak samego siebie. (Gal 5,13-14)

Nasza codzienność i to czemu poświęcamy nasz wolny czas nie ma wynikać z tego, że ściśle staramy się nie złamać żadnego z zakazów, które usłyszeliśmy od innych wierzących. To ma wypływać z prawa miłości, którego uczył nas Jezus Chrystus. Jeśli będziemy kochać Boga i naszych bliźnich – nie potrzebna jest nam żadna lista mówiąca co nam wolno, a czego nam nie wolno. W naszym sercu będziemy to wiedzieli. Wtedy możemy za Pawłem powtórzyć to co dwukrotnie pisał do Koryntian – Wszystko mi wolno! Wielu wierzących chętnie przyjmuje ten fragment Pisma Świętego jako motto swojego życia. Pamiętajmy jednak aby nigdy nie wyrywać słów z kontekstu. Paweł wszakże, który naprawdę wszystko mógł w tym, który go wzmacniał, w Chrystusie (Flp 4,13) ciesząc się wolnością wspomina pewne „ale”:

Wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne. Wszystko mi wolno, ale ja nie pozwolę, by cokolwiek mną zawładnęło. (1Ko 6,12)

Wszystko wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje. Nie zabiegajcie tylko o to, co służy wam, ale również o to, co służy innym. (1Ko 10,23-24)

Gdy ktoś apostoła Pawła próbował związać zakazami on odpowiadał, że wszystko mu wolno. Gdy ktoś pytał się go czy może iść na imprezę albo do teatru na najnowszą komedię odpowiadał mu, że może wszystko, ale nie wszystko jest pożyteczne. Nie wszystko buduje, a niektóre rzeczy mogą nas uczynić na powrót niewolnikami grzechu. Podejmując wszelkie decyzje w naszym życiu – patrzmy na to by służyło to również innym. Do tego nas wzywa Słowo Boże. Choć dzięki Jezusowi wszystko nam wolno, właśnie ze względu na Niego nie wszystko będziemy chcieli robić. Będzie się to działo jednak nie ze względu na zakazy, ale ze względu na miłość, której doświadczyliśmy, i którą chcemy dzielić się z innymi.

3. KAŻDA DECYZJA MA SWOJE KONSEKWENCJE

Ponosimy konsekwencje swoich działań. To jest ogólne prawo, które dotyczy każdego niezależnie od tego czy wierzy w Jezusa czy też nie. Mówimy nieraz, że ktoś musi wypić piwo, którego sobie nawarzył.

Jeśli ktoś kradnie musi liczyć się z tym, że gdy zostanie złapany, to czeka go sąd i wyrok. Gdy ktoś okłamywał swoich bliskich – musi się liczyć z tym, że ciężko mu będzie odbudować ich zaufanie (a czasem okazuje się to już niemożliwe).

Kilka lat temu wypożyczałem samochód w Kalifornii. Wpuszczono mnie na parking i mogłem wybrać, które auto chcę spośród kilkunastu tam stojących. Do dziś ponoszę konsekwencje tego, że wsiadłem do Forda Mustanga, bo jazda żadnym innym samochodem od tamtego czasu nie daje mi tego rodzaju satysfakcji.

Od tysięcy lat czytelnicy Pisma Świętego informowani są o tej prawdzie, że będziemy zbierać plony tego co siejemy:

Bezbożny zdobywa złudne wynagrodzenie, lecz ten, kto sieje sprawiedliwość, ma pewną zapłatę. (Prz 11,18)

Kto w swoim domu sieje zamieszanie, dziedziczy wiatr; a głupi staje się niewolnikiem mądrego. (Prz 11,29)

Kto sieje nieprawość, zbiera nieszczęście, a koniec jego swawoli kładzie rózga. (Prz 22,8)

Choć Słowo Boże uczy, że wszystko nam wolno, to jednak informuje nas także o tym, że nasze działania mają konsekwencje. Jeśli zastanawiasz się czy jako wierząca osoba możesz wolne wieczory spędzać z pubie na piwie z kolegami, albo zarywając noce aby obejrzeć wszystkie nowe seriale, które pojawiły się w tym miesiącu na Netflixie – nikt nie może Ci tego zabronić. Sam jednak możesz ocenić jaki przynosi to owoc. Czy jest to pożyteczne dla innych, czy to buduje. Choć lubię czasem oglądając mecz zjeść całą paczkę chipsów, to wiem, że następnego ranka nie będę czuł się dobrze. Mogę to zrobić, ale ponoszę tego konsekwencje. Nikt w Kościele nie powinien Ci zabraniać zrobić sobie tatuażu, pójść na koncert rockowy, zainwestować wszystkich oszczędności w naukę nurkowania i podróżowania po świecie. To jednak Ty sam powinieneś odpowiedzieć sobie na pytanie jaki owoc przynosi to dla Twojego życia? Czy jest to z korzyścią dla innych osób? Czy w ten sposób wzrastasz duchowo i masz możliwość wskazać innym na Jezusa jako swojego Zbawiciela?

Nie ukrywam, że lubię od czasu do czasu obejrzeć dobry film czy serial. Zadaję sobie jednak pytanie czy nie mądrzej byłoby w tym czasie przeczytać dobrą chrześcijańską książkę, spotkać się z kimś albo posłuchać wykładu Pisma Świętego? Nie dajmy się zniewolić pochodzącym od ludzi zakazom, ale pamiętajmy, że nasze wybory, również te małe, dotyczące kwestii jak spędzimy godzinę wolnego czasu, wpływają na nasze życie. Można powiedzieć, że każda taka decyzja to ziarenko, które przyniesie owoc. To co w odpowiednim czasie zbierzemy zależy od tego jakie ziarenko wrzucimy do gleby naszego życia. We wspominanym już liście do Galacjan Paweł pisze:

Nie błądźcie, Bóg się nie da z siebie naśmiewać: albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie. Bo kto sieje dla ciała swego, z ciała żąć będzie skażenie, a kto sieje dla Ducha, z Ducha żąć będzie żywot wieczny. (Gal 6,7-8)

Pamiętajmy, że czasem coś dobrego może być wrogiem czegoś jeszcze lepszego. Wśród wielu wskazówek jakie Paweł zostawił swojemu młodszemu współpracownikowi – Tymoteuszowi – znajdujemy również takie ciekawe słowa:

Ćwiczenie ciała przynosi mniejszy pożytek, ale pobożność przydatna jest do wszystkiego, ponieważ łączy się z obietnicą życia teraźniejszego i przyszłego. (1 Tm 4,8)

Czy Tymoteusz zastanawiał się czy wykupić sobie karnet na siłownię? Na pewno dbanie o kondycję fizyczną jest istotne dla naszego zdrowia i samopoczucia. Przynosi wymierny pożytek, ale jest on mniejszy od ćwiczenia się w pobożności, do którego Paweł nas za pośrednictwem Tymoteusza zachęca. Jeśli zastanawiasz się czy coś jako wierząca osoba możesz, zadaj sobie po prostu pytanie jaki efekt to przynosi w Twoim duchowym życiu i relacji z Bogiem. Wszystko Ci wolno, ale nie wszystko buduje i jest pożyteczne.

            Narodziny dziecka są dla wielu ludzi przełomowym momentem, który zupełnie zmienia ich życie. Młode mamy, które lubiły sobie pospać do południa mobilizują się wstając kilkukrotnie każdej nocy do swojej pociechy. Ojcowie, którzy lubili poszaleć w wolnych chwilach sprzedają motocykle, a pieniądze przeznaczają na pieluchy i przeciery warzywne. Wcześniej wieczorami wychodzili na miasto, albo oglądali horrory – teraz dbają o odpowiednią dietę a w telewizji lecą jedynie bajki. Skoro narodziny dziecka tyle potrafią zmienić w naszych nawykach dotyczących również sposobu spędzania wolnego czasu – to czy nasze narodzenie się na nowo nie powinno przynieść podobnego efektu? Słowo Boże mówi:

Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe. (2 Ko 5,17)

            Nie naszą rolą jest komukolwiek coś zakazywać czy nakazywać, nawet mając dobre intencje. Nie powinniśmy też innych oceniać na podstawie naszego dzisiejszego poznania. Nie uważam by była to właściwa droga.

Starajmy się raczej być świadectwem, że można prowadzić piękne, szczęśliwe, spełnione życie pozostając w Bożej bojaźni, kierując się miłością do Boga i ludzi.

Nie roztrząsajmy czy chrześcijanin może w wolnym czasie oglądać Grę o Tron, albo czytać kryminały. Nie oceniajmy innych, że mogliby lepiej spożytkować swój czas czy pieniądze. Unikajmy określania jaka muzyka, albo które hobby są najbardziej chrześcijańskie, a które są świeckie. Módlmy się o siebie wzajemnie i bądźmy świadectwem.

Gdy ktoś przeżywa narodzenie się na nowo, wszystko staje się nowe. Również jego pasje i sposób spędzania wolnego czasu ulegną zmianie. Niech to jednak nie wynika z narzucanych nakazów, ale z miłości i osobistej relacji z Jezusem. Gdy będziemy dbali o to aby Duch Święty stale nas mógł wypełniać (Ef 5,18) wiele dylematów z serii „czy wierzący może …?” niepostrzeżenie zniknie.

Matka noc, Kurt Vonnegut [8 | 2019]

atypowa ocena: 10/10

10.jpg

Długo się zastanawiałem nad oceną i zdecydowałem się w końcu na pierwszą dyszkę w moim subiektywnym zestawieniu. Gdyby ktoś z moich znajomych został kiedyś premierem i powołał mnie na ministra edukacji, to oficjalnie deklaruję, że pozycja ta trafi na listę lektur obowiązkowych. Wiem, że prawdopodobieństwo jest niewielkie, ale kto tam wie…

Naprawdę nie rozumiem dlaczego w młodości nie byłem „przymuszany” do czytania tego rodzaju książek. Myślę, że inaczej miałaby się dziś sprawa czytelnictwa w naszym kraju. Może mądrzejsze pozycje okupowałyby listy bestsellerów w sieciowych księgarniach. Może i samo społeczeństwo byłoby mądrzejsze, bo książka jest i trochę śmieszna, i trochę smutna, i trochę straszna, a przede wszystkim bardzo otrzeźwiająca. Miło sobie pomarzyć…

Nie do końca pamiętam okoliczności w jakich pierwszy raz zetknąłem się z tą pozycją. Nocowałem gdzieś poza domem i przeglądałem czyjś regał z książkami gdy obudziłem się wczesnym rankiem. Ot taki wścibski zwyczaj, który jednoczy chyba wszystkich ludzi, którzy mają zwyczaj czytania dla przyjemności. Sięgnąłem po „Matkę noc” zaintrygowany tytułem, i okazało się, że wciągnąłem książkę przed śniadaniem.

Teraz zdobyłem wersję elektroniczną na czytnik i również dość szybko przeczytałem całość, utwierdzając się w tym, że lata temu miałem całkiem niezły gust. Czytaj dalej „Matka noc, Kurt Vonnegut [8 | 2019]”

Czy zabije nas obojętność?

Czy zabije nas obojętność? To pytanie wielokrotnie do mnie wraca gdy szczerze przyglądam się społeczeństwu. Odnoszę wrażenie, że zewsząd bombardowani bodźcami tracimy zdolność (a może po prostu wolę) konkretnej reakcji na cokolwiek. Celowo uogólniam, bo piszę o całej ludzkości, albo przynajmniej o tym znanym mi, jej polskim wycinku. Oczywiście w tej zbiorowości jest wiele aktywnych jednostek – osób oddanych sprawom, w które wierzą. Wielu z moich znajomych walczy o dobrostan zwierząt hodowlanych, które dosłownie są mielone przez przemysł spożywczy. Kto z nas nie spotkał agitujących na ulicy wolontariuszy Greenpeace, starających się pozyskać fundusze na ekologię. Chociaż mamy coraz większą wiedzę na temat pogarszającego się stanu naszej planety, wielu ludzi pozostaje na to obojętnych. Znam kilka osób, które wierzą, że wszystko można jeszcze odwrócić. Wzywają do „opamiętania się” z zanieczyszczających powietrze nawyków, ale często jest to głos wołającego na pustyni. Weganie zachwalają swoją dietę i udostępniają w Internecie filmy pokazujące jak okrutnie morduje się zwierzęta, ale zazwyczaj efekt ich starań można porównać do rzucania grochem o ścianę.

Wielu z nas zna tę frustrację zderzenia się z obojętnością. Czytaj dalej „Czy zabije nas obojętność?”

Ogień, który przynosi życie

Kiedy zatrzymamy się w naszym codziennym biegu i wybierzemy na najzwyklejszy spacer możemy zachwycić się genialnością przyrody. Szczególnie w przeddzień wiosny, gdy widzimy jak na drzewach pojawiają się pączki, które wkrótce wypuszczą świeżo-zielone liście. Postęp nauki pomaga nam zrozumieć złożone procesy jakie zachodzą w przyrodzie. Ciężko to wszystko ogarnąć naszym ograniczonym rozumem. W jaki sposób jest to tak cudownie zrównoważone i zależne jedne od drugiego. Za jakiś czas pojawią się owady, które spełnią swoją określoną rolę w zapyleniu kwiatów. Skąd się znajdą w odpowiednim miejscu i gdzie nauczyły się swoich zadań? Nie słyszałem o specjalnych owadzich szkołach. Rodzą się z pewną zaprogramowaną wiedzą, tak jak człowiek po przyjściu na świat umie już samodzielnie oddychać bez przechodzenia odpowiedniego kursu. Tak zostało to zaprojektowane i stworzone przez Boga. To wytłumaczenie ma dla mnie znacznie więcej sensu niż forsowana wciąż w szkołach teoria ewolucji. Używając czystej logiki – więcej argumentów przemawia według mnie za tym, że te niezwykle skomplikowane procesy zostały zaprojektowane przez arcymądrego Architekta, niż za tym, że są one wynikiem samoistnego kształtowania się świata po Wielkim Wybuchu. Również inżynierowie korzystając z rozwiązań, które podpatrują w naturze pośrednio przyznają, że stoi za nimi Ktoś niezwykle mądry.

38 - G0430518.JPG
To ja w Redwood na północy Kaliforni.

Wierzę, że patrząc na przyrodę możemy wiele się nauczyć. Nie tylko jak najmądrzej budować mosty, ale też znacznie większych i bardziej uniwersalnych prawd. Apostoł Paweł wprost pisze do Rzymian o tym, że to, co o Bogu wiedzieć można, jest dla nich jawne, gdyż Bóg im to objawił. Bo niewidzialna jego istota, to jest wiekuista jego moc i bóstwo, mogą być od stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem (Rzymian 1,19-20). Czytaj dalej „Ogień, który przynosi życie”