„Bezmatek” to bez dwóch zdań książka wyjątkowa. Zdecydowanie nie należy do tych, które po prostu są. To książka, która dała Mirze Marcinów w 2020 roku Paszport Polityki oraz wiele nominacji do innych nagród. Budzi emocje i dzieli ludzi. Jedni uważają „Bezmatek” za arcydzieło. Drudzy uważają książkę Miry za niewiele wnoszący do tematu bełkot. Część książkowych influencerów na Instagramie jest w tym sporze zagubiona, więc po prostu wrzuca ładnie skomponowane zdjęcie książki (na jesień 2021 obligatoryjnie musi w kadrze znaleźć się biała dynia) bo jest to lektura w ostatnim czasie modna.
Zatem czy „Bezmatek” to arcydzieło czy bełkot? Hit czy kit? Nie będę tego rozstrzygał, bo jaka jest prawda o tej książce decyduje każdy czytelnik. Dobrze by ten, który się zachwyca, nie zarzucał drugiemu, że nie rozumie („bo mężczyzna nie może zrozumieć tego co jest między córką a matką”). Ten drugi natomiast, nawet jeśli rozumie i wciąż się nie zachwyca, powinien przyjąć, że dla kogoś proza Miry Marcinów jest ubraniem w słowa obaw, smutków i emocji tego pierwszego. Już sam fakt, że książka ta antagonizuje odbiorców jest niewątpliwym sukcesem autorki. Czyż może być coś lepszego dla pisarza niż świadomość, że złożone przez niego litery budzą w ludziach emocje na tyle silne, że chcą się nimi dzielić, a nawet o nie spierać?
Na okładce (skądinąd pięknie wydanej) „Skóry” Liama Browna znajdujemy informacje: „Tajemniczy wirus zawładnął światem… Każdy kontakt z drugim człowiekiem jest śmiertelnym zagrożeniem dla tych, którzy przeżyli… Ale czy na pewno?”
W pierwszej chwili pomyślałem, że oto mam do czynienia z kolejną książką o pandemii, która powstała na fali ogólnoświatowego lockdownu… Ale czy na pewno? Faktycznie w księgarniach znajdziemy teraz wiele książek, które skupiają się na izolacji. Jest to naturalne pokłosie tego, że w 2020 roku wszystkich pozamykano na długie miesiące w domach, a w tym gronie znajdowało się wielu pisarzy, i tych którzy od lat mieli aspiracje do napisania książki, ale nigdy nie znaleźli na to czasu. Temat do pisania nasuwał się sam – jak żyć w nowej rzeczywistości i co czeka nas dalej? Jak grzyby po deszczu pojawiło się wiele takich pozycji, a wydawnictwa chętnie publikowały „to co na czasie”. Jednak Liam Brown nie należy do tych autorów, którzy zdecydowali się pisać o pandemii w trakcie pandemii. I tu robi się ciekawie…
„Skóra” powstała wiosną 2019 roku, jeszcze zanim ktokolwiek w Wuhan zgłaszał obiekcje wobec wtranżalania nietoperzy. Liam Brown bardzo sugestywnie opisał początki ogólnoświatowej pandemii w czasie gdy niewielu myślało, że coś podobnego nam grozi (jakaś tam grupka naukowców ponoć biła na alarm już od jakiegoś czasu). Nie wdając się w dyskusję czy Covid-19 to pandemia czy plandemia jak wciąż uważa spora grupa ludzi – trzeba obiektywnie przyznać, że część opisów Liama Browna jest niepokojąco spójna z tym co wciąż jest świeże w naszej pamięci. Funkcjonowanie mediów, negowanie zagrożenia albo przesadny strach, ogołocenie sklepów z zapasów podstawowych produktów itp. to dystopijne fantazje Liama Browna, które okazały się w 2020 roku naszą rzeczywistością.
Z wielkim zapałem zabrałem się za lekturę książki Emila Ludwiga „Syn Człowieczy”. Przeczytałem już wiele książek dotyczących osoby Jezusa, nie wspominając o wielokrotnej lekturze opisów ewangelicznych. Lubię sięgać po tego typu lektury, by dowiadywać się więcej i coraz lepiej poznawać osobę tego niezwykłego człowieka z Nazaretu. Właśnie na człowieczeństwie Jezusa skupia się Emil Ludwig, podejmując próbę przedstawienia jego biografii w formie powieści.
Emil Ludwig zaistniał w świecie literatury właśnie za sprawą biografii, w których łączył fakty z fikcją oraz pogłębioną analizą psychologiczną opisywanych postaci. Czy wysoki poziom, jaki zaprezentował ten urodzony we Wrocławiu w 1881 roku autor przy biografiach Goethego, Bismarcka i Napoleona, utrzymał pisząc o Jezusie z Nazaretu? Czy w przypadku Syna Człowieczego zastosowanie tej samej metodologii co w życiorysach innych przywódców mogło się powieść? Jest to zadanie dość karkołomne.
Nie jest to pierwsza próba przedstawienia czysto historycznego życiorysu Jezusa. Ludzie chcą widzieć w Jezusie tylko człowieka i dlatego starają się tak tłumaczyć Jego życie, by pozbawić Go boskości. Powstały nawet legendy o tym, jak Jezus przed rozpoczęciem swojej publicznej służby w wieku około 30 lat, podróżował po Indiach i Japonii, gdzie pobierał nauki u najróżniejszych mędrców. To przecież jedyne wyjaśnienie jego rewolucyjnego nauczania. Skąd ten człowiek miał czerpać swoją mądrość jeśli nie z takich dalekich, kształcących podróży? Pragnienie, by uznawać Go tylko za człowieka, trudno pogodzić z tym, co dowiadujemy się na Jego temat w Ewangeliach oraz innych zachowanych tekstach historycznych. C.S. Lewis tak odnosi się do prób traktowania Jezusa tylko jako bardzo mądrego człowieka:
„Nie chciałbym, aby ktoś powiedział o Chrystusie tę najbardziej nierozumną rzecz, którą nieraz się o Nim słyszy: „Mogę uznać w Jezusie wielkiego nauczyciela moralności, ale nie przyjmuję Jego stwierdzenia, że jest Bogiem”. Akurat tego nie wolno nam mówić. Ktoś, kto byłby tylko człowiekiem, a zarazem mówił takie rzeczy jak Jezus, nie mógłby być wielkim nauczycielem moralności. Byłby albo szaleńcem (…), albo szatanem z piekła rodem. Trzeba wybierać. Ten człowiek albo był i jest Synem Bożym – albo szaleńcem, lub czymś jeszcze gorszym. Możesz kazać Mu się zamknąć jako głupkowi, możesz na Niego napluć i zabić Go jako wcielonego demona, albo możesz upaść Mu do stóp i nazwać Go Panem i Bogiem. Ale nie prawmy protekcjonalnych bzdur, że był wielkim człowiekiem i nauczycielem. Tej możliwości nam nie zostawił. Ani wcale nie zamierzał”.
Książka„Wałkowanie Ameryki” przynajmniej od kilku lat znajdowała się w najróżniejszych konfiguracjach mojego tzw. stosu hańby, gdzie znajdują się te pozycje, które ciągle czekają na swoją kolejkę do lektury. Zwłaszcza po tym jak kilkakrotnie miałem okazję odwiedzić Stany Zjednoczone, moje zainteresowanie tym państwem jeszcze bardziej wzrosło. Nadszedł w końcu „ten czas” i przeczytałem co wieloletni korespondent Polskiego Radia z USA ma do powiedzenia na temat życia „za wielką wodą”.
A do powiedzenia ma sporo i robi to bardzo umiejętnie. Wszak nie każdy obywatel otrzymał od Prezydenta RP Srebrny Krzyż Zasługi (2011) oraz najważniejszą nagrodę Polskiego Radia – Złoty Mikrofon (2015). Lekkość i poczucie humoru jakie towarzyszy relacjom redaktora Wałkuskiego zdawanym na antenie radia, towarzyszy również stylowi pisania. „Wałkowanie Ameryki” to książka dobra, miejscami bardzo dobra – muszę jednak do tej beczki miodu dodać łyżkę dziegciu. Wszak nie jest pozbawiona kilku minusów, o których warto wiedzieć zanim po nią sięgniemy.
Nie mogę otrząsnąć się po tym reportażu i tak zwyczajnie wrócić do rzeczywistości. Mocno we mnie siedzi i myślę, że nie prędko mnie opuści. I dobrze. Tak powinno być…
Zapraszam was do spędzenia lata 2013 roku w Chicago. Ten rok nie różni się niczym szczególnym od pozostałych. Po prostu w tym roku dziennikarz Alex Kotlowitz postanowił opisać co się dzieje nocami na ulicach tego wielkiego miasta. Trwa regularna wojna. Od lat zabijają się w niej członkowie gangów. O ironio 2013 rok należy do jednych z najspokojniejszych w ostatnim czasie, a i tak od kul w przeciągu 3 miesięcy zginęły 172 osoby, a ponad 1000 zostało rannych. To co dzieje się na ulicach Chicago jest niewyobrażalne, ale okazuje się, że za sprawą Alexa okazało się opisywalne.
Nie ma tu wielu statystyk czy też analiz. Te znajdziemy w oficjalnych raportach policji oraz każdego ranka na Twitterze. Ta książka nie jest o liczbach. Jest o tych, którzy się za nimi kryją. Każda ofiara to łzy, ból, frustracja, zwątpienie, krzywda i krzyk wielu innych osób. To pragnienie zemsty, to palący gniew, to paraliżujący strach, to odnalezienie Boga lub czasem utrata wiary. Alex Kotlowitz poświęcił kilka lat na setki rozmów i rzetelną pracę reporterską, by szczerze opisać kilkanaście historii, które rozegrały się tamtego lata. Nie znałem tego autora wcześniej, ale po lekturze Amerykańskiego lata nie wątpię, że zasłużył na wszystkie zdobyte w swojej karierze nagrody. Wykonał tytaniczną i obciążającą psychikę pracę, ale przede wszystkim narysował szczere portrety ofiar oraz morderców. W Chicago zresztą często zaciera się granica kto jest kim – role te szybko się zmieniają za sprawą błędnej spirali zemsty i nienawiści. Przemoc na ulicach (bezpośrednio lub pośrednio) dotknęła dziesiątki tysięcy mieszkańców biednych kwartałów tego potężnego miasta.
Od zarania dziejów ludzie dążą do jak najwyższego poziomu wygody. Taką mamy naturę, że szukamy udogodnień dla naszej codziennej egzystencji. Im wyższy status ktoś posiada, tym mniej troski musi poświęcać prozaicznym czynnościom. Prezesi wielkich firm nie cerują na ogół dziurawych skarpetek, a rekiny finansjery nie szorują toalet. W dawniejszych czasach w bogatych domach zatrudniano służbę, by zajmowała się tym wszystkim, co nie było godne pana domu. Choć wiele się w tym temacie zmieniło (przynajmniej w „naszej części” świata), pewne mechanizmy wciąż funkcjonują bardzo podobnie. Nie mamy już niewolników i nikogo nie nazywa się służącym, jednak dziś normą jest, że lepiej usytuowani ludzie zatrudniają sprzątaczki, ogrodników i innego rodzaju „pomoc domową”. Nawet w restauracji – gdy ktoś dla nas gotuje, a potem sprząta – możemy przez chwilę poczuć się jak szlachta za dawnych lat.
Jest to gdzieś zakorzenione w naszej naturze, że chcielibyśmy, aby nam usługiwano. Wciąż świeże są w mojej pamięci doświadczenia z czasu, gdy pracowałem w punkcie obsługi klienta. Zdarzało się, że niektórzy traktowali mnie jak służącego, który bez słowa sprzeciwu ma spełnić wszelkie ich zachcianki. Praca w takim miejscu potrafi być uwłaczająca i ciężko znaleźć człowieka, który chciałby na takim stanowisku pracować całe życie. Naturalnie młodzi pracownicy liczą się z tym, że na początku swojej kariery muszą zapłacić frycowe i przez jakiś czas zajmować się najgorszą pracą. Jesteśmy gotowi służyć innym, ale towarzyszy nam wtedy myśl, że to tylko czasowe. Ten kto wspina się po szczeblach kariery zawodowej, robi to z myślą, że wkrótce to inni będą gotowi spełnić wydawane przez niego polecenia. Widziałem na własne oczy takie przypadki szybkiego awansu, gdy ktoś kto nie tak dawno sprzątał po innych, samą swoją obecnością wywoływał takie poruszenie, że to inni uwijali się jak w ukropie, aby tylko mu się przypodobać.
Podobne rozumienie sukcesu i pozycji mieli do czasu apostołowie – wybrani przez Jezusa uczniowie. Ze Słowa Bożego dowiadujemy się, że zdarzało im się rozprawiać o tym, kto z nich jest najważniejszy, a nawet doszło do sytuacji, gdzie próbowali „załatwić” sobie jak najwyższe stanowiska w Królestwie Bożym, którego nadejście zapowiadał Jezus. Czy było w tym coś dziwnego? Nie. Z takim zachowaniem spotykamy się i w dzisiejszych czasach i nikogo to nie szokuje, choć czasem faktycznie oburza, gdy ludzie korzystając ze znajomości próbują dostać tzw. stołek. Jednak Jezus przyniósł nowe standardy:
„Nie tak ma być pośród was. Kto między wami chciałby stać się wielki, niech postępuje jak służący. I kto między wami chciałby stać na czele, niech będzie jak sługa. Podobnie Syn Człowieczy nie przyszedł, by Mu służono, ale aby służyć i oddać swoje życie na okup za wielu.” (Mateusza 20:26-28 SNP)
Sięgając po powieść Łukasza Barysa nie powinniście zakładać, że umili wam jesienne popołudnie. Jest smutna, przykra i pozbawiona nadziei. Nie może być inna, bo opowiada o życiu smutnej, przykrej i pozbawionej nadziei patologicznej rodziny. Narratorką jest nastolatka, która dzieli mieszkanie z pleśnią, grzybem, psem Filipem, młodszym rodzeństwem, umierającą na raka babcią oraz matką sprowadzającą regularnie na noce nowych „tatuśków”. Co i rusz ucieka w światy z pogranicza snu i legend, a przez pojawiające się regularnie łzy, ich granice się zamazują i ciężko stwierdzić co się dzieje, a co się jedynie dziać wydaje.
Akcja powieści rozgrywa się w Pabianicach, gdzie urodził się autor tej książki w 1997 roku. Ale to nie tylko młody wiek stawia Łukasza Barysa w gronie przedstawicieli nowej prozy. Karol Maliszewski pisze, że „żywioł liryczny, którym zalewa nas Barys, jest niesłychany (…) nie słyszałem jeszcze tak soczystych tonów”. To jak ten młody autor bawi się słowem, robi wrażenie. W skreślonych przez niego zdaniach widać ponadprzeciętną wrażliwość. Nadaje swojej narracji specyficzny rytm, który wymaga (przynajmniej ode mnie) lektury niespiesznej i skupienia uwagi na każdym słowie. „Kości, które nosisz w kieszeni” nie są książką do czytania w autobusie, czy chwytania kilku akapitów w przerwie reklamowej. To niedługa powieść, której najlepiej oddać się w spokojne popołudnie, gdy najdzie nas melancholijna zaduma nad światem. Polecam takie z nienajlepszą pogodą, bo gdy zakończymy lekturę i tak wszystko wyda nam się bardziej szare niż zwykle.
Moja ocena podczas czytania wahała się dość długo. Był czas, że Tajemnicę Coca-Coli chciałem ocenić na 7, ale od pewnego momentu zarówno główny bohater, jak i coraz bardziej nieprawdopodobna fabuła drażniły mnie. Jednak to sam koniec książki (najwyraźniej nie będący końcem) mocno mnie poirytował i zaważył na ocenie, ale po kolei…
Nieraz wspominałem, że zdarza mi się sięgnąć po książkę ze względu na okładkę. Tym razem przekonał mnie sam tytuł i kilka ładnych zdjęć, na które natrafiłem niedawno przeglądając Instagram. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że wystarczy odkręcić schłodzoną Coca-colę i pojawiam się w pobliżu na dźwięk uchodzącego gazu (pssst) niczym dżin uwolniony z lampy. Dlatego książkę Michała Matlengiewicza dodałem do listy pozycji, z którymi chcę się zapoznać, choć nie miałem zielonego pojęcia czego się po niej spodziewać.
Sam autor określa ją jako „powieść przygodową z elementami historycznymi i dużą dawką humoru” (wywiad dla granice.pl). Wydawca informuje nas, że o to w nasze ręce trafia pamiętnik Raya – „osiemnastolatka, który z zahukanego fajtłapy staje się człowiekiem sukcesu”. I faktycznie całą historię poznajemy z perspektywy jej głównego bohatera czytając przeszło 50 jego pamiętnikowych relacji. Jednak myślę, że najbardziej adekwatnym określeniem gatunku tej książki jest opinia jednego z internautów – lekkie czytadło.
Skończyłem trzecią część przygód Zofii Wilkońskiej i … nie podobała mi się. Gdy przeglądam opublikowane w Internecie recenzje, rodzi się we mnie przekonanie, że to może być bardzo jednostkowa i niepopularna opinia. Nie mogę jednak pozostając szczerym zgodzić się z zamieszczonymi na pierwszej stronie książki, dziesięcioma wybranymi mini-recenzjami. W moim odczuciu daleko tej części do miana „Najlepszej komedii kryminalnej wszech czasów!”. Bynajmniej! Nie jest to według mnie „stanowczo najzabawniejsza i najlepsza część przygód Zofii Wilkońskiej”. Nie odmawiam nikomu prawa do takiej opinii, podobnie jak nie kwestionuję prawdziwości tego, gdy ktoś inny pisze, że „lektura doprowadziła mnie do niepohamowanego śmiechu i łez”. Mnie niestety ta część przygód Zofii częściej żenowała niż bawiła.
Nie ma w tym nic złego, że nasze poczucie humoru jest zróżnicowane. Dzięki temu nad Wisłą może odbywać się tyle nocy kabaretowych i na każdej może znaleźć się komplet dobrze bawiących Polaków. Gdy jednych bawi chłop przebrany za babę, inni preferują bardziej wysublimowane podejście do żartów. Moje poczucie humoru oraz to Jacka Galińskiego z każdą kolejną częścią rozjeżdża się coraz bardziej i pewnie na tym etapie zakończę już śledzenie losów pani Zofii. Po Kratki się pani odbiły sięgnąłem jednak nie tylko dlatego, że książka ta znajdowała się już w mojej kolekcji (kupiłem wcześniej od razu trzy tomy). Muszę przyznać, że choć nie wszystko podobało mi się w Komórki się pani pomyliły, to jednak wciągnąłem się w przygody Zofii. Wiedząc, że akcja trzeciego tomu toczy się w więzieniu, podświadomie oczekiwałem, że będzie bardzo zabawnie. Życie za kratkami w polskich realiach wydaje się być wdzięczną skarbnicą zabawnych sytuacji dla komedii kryminalnej (przypomnijmy sobie choćby Killera i sytuację z solniczką na stołówce). Niestety – choć nie można odmówić Jackowi Galińskiemu pomysłowości w kreowaniu akcji obfitującej w niespodziewane przygody – w moim odczuciu wyszło „średnio śmiesznie”.
Problemem wielu serii jest zauważalna tendencja spadkowa w jakości kolejnych tomów. Oczywiście wierni fani nadal czytają kolejne książki, ale jeśli zdobędą się na szczerość, to muszą przyznać, że autorzy często bezwstydnie czerpią z kredytu zaufania, jakim zostali wcześniej obdarzeni. Czegoś takiego doświadczyłem chociażby sięgając po kolejne tomy serii z Fjallbacki Camilli Lackberg. Już tytuły dalszych tomów – „Pogromca lwów” czy „Fabrykantka aniołków” świadczą o tym jak daleko popłynęła autorka. Nadal czytałem, ale nieraz poirytowany i skrępowany faktem, że gdy ktoś zapyta „co tam Tomku masz?”, będę musiał udzielić odpowiedzi: „Niemieckiego bękarta”. Pewne nie raz zdarzyło Ci się sięgnąć po kolejną książkę autora, który wcześniej Cię zachwycił i poczuć gorycz rozczarowania. Na szczęście z Izabelą Janiszewską jest zupełnie odwrotnie! Jak dotąd z książki na książkę jest tylko lepiej… Moja subiektywna ocena to trzecia z rzędu 9-tka (co zdarza się bardzo rzadko), przy czym pierwszy tom to było bardziej 8.82, podczas gdy Amok to bardziej 9.27 jeśli pragniecie dokładniejszych ocen.