Staram się aby moja wrażliwość była kształtowana przez dobre treści. Wiele książek, które czytam znajdują się na mojej liście z polecenia osób, które znam i cenię. Pamiętam jak wiele lat temu widziałem, że moja Mama czytała książkę Hansi o niepokojącym tytule „Kochałam swastykę”. Czy warto poświęcać czas na czytanie wspomnień „tego złego”. Bo przecież pod hitlerowskimi, dumnie powiewającymi sztandarami nie było „tych dobrych”. Nikt mi przecież nie wmówi, że było inaczej. Mi, obywatelowi kraju, który przecież jest Chrystusem narodów. Czy rzeczywiście każdy kto hajlował pod swastyką był złym człowiekiem?
Lektura „Kochałam swastykę” może poszerzyć naszą wrażliwość i jest dobitnym dowodem na to, że nie wszystko jest tak czarno-białe jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Zwłaszcza w obliczu wojny. Autorka jest czeską Niemką a jednocześnie porzuconą przez rodziców sierotą, która uległa naiwnej fascynacji nazizmem i Hitlerem. Czy zasługuje na potępienie? W oczach wielu tak, ale zanim rzucimy kamieniem, warto zapoznać się z jej autobiografią.
W ostatnim czasie tak często natrafiałem na książki Jacka Galińskiego, że zacząłem myśleć, że wcale nie zdziwiłbym się gdybym znalazł serię o Zofii Wilkońskiej otwierając lodówkę w poszukiwaniu mleka. Przez pewien czas mnie to irytowało, a potem coraz bardziej zaczęło intrygować – czy te książki są tak dobre, czy może to kwestia naprawdę niezłego marketingu?! Natrafiłem na kilka bardzo różnych opinii, ale ostatecznie przekonała mnie krótka recenzja na jednym z profili, do których mam zaufanie w kwestii książek.
Postanowiłem sprawdzić czy moje odczucia będą równie pozytywne. W końcu szukałem czegoś „lżejszego” na wakacyjny wyjazd, a lubię zarówno kryminały jak i komedie, a do tego staram się regularnie dawać szanse polskim autorom. Wszystko się zgadzało – postanowiłem sięgnąć po „Kółko się pani urwało”.
Niestety mimo częstego zaglądania do lodówki, nie udało mi się znaleźć tam książek, ale natrafiłem na dobrą ofertę na olx, gdzie za niewielkie pieniądze nabyłem 3 pierwsze tomy tej serii.
„Kółko się pani urwało” to pierwsza książka, która opowiada o przygodach dziarskiej staruszki – Zofii Wilkońskiej. Akcja toczy się w Warszawie i dotyka tematu, który mało nam się kojarzy z komedią – mianowicie skupu roszczeń do kamienic i oczywiście morderstwa. Bardzo podoba mi się zamysł całej serii, by w roli głównej bohaterki obsadzić siwą, starszą ale niezwykle zaradną babcię. W czasie gdy powstaje tyle podobnych do siebie kryminałów szukałem czegoś świeżego i dostałem to w osobie pani Zofii.
Jeszcze bardziej lubię czytać autobiografie, gdyż mniej znajduje się w nich upiększania faktów, czy zbędnego gloryfikowania. To jasne, że gdy autor opisuje życie kogoś dla siebie znaczącego (na tyle, że zdecydował się poświęcić czas by napisać książkę!) będzie starał się tę osobę zaprezentować w jak najlepszym świetle. Z drugiej strony – gdy ktoś pisze o swoim życiu – jeśli było ono na tyle wartościowe, że warto je opisać, to ufam, że w większości wypadków nie będzie to stawianie sobie pomnika, a po prostu dawanie świadectwa cennym doświadczeniom, z których będziemy mogli czerpać jakąś lekcję.
Jeśli mogę pozwolić sobie na dalsze stopniowanie moich czytelniczych preferencji, to przyznam się, że najbardziej lubię czytać autobiografie ludzi pochodzących z innego świata. Oczywiście nie mam na myśli tych banialuk, że mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus. Pisząc o innym świecie myślę o miejscach i czasach, których nie miałem okazji doświadczyć.
Autobiografia Rabiego R. Maharaja spełnia powyższe kryteria, stawiając ją w rzędzie z tymi książkami, które czytam z największą przyjemnością. Mimo tego sięgnąłem po nią przez przypadek. W ogóle jest to książka dość niszowa i niewiele osób o niej słyszało, a wydanie nie krzyczy: „Sięgnij po mnie!”. Wszystko pod niebem ma jednak swój czas. Przyszedł również czas na pielęgnację dachu w rodzinnym domu, a ja osiągnąłem już odpowiedni wiek i wagę, by pomagać Tacie poprzez kilkugodzinne przytrzymywanie drabiny, aby „nie odjechała” mu spod nóg. W ten oto sposób nagle okazało się, że mam sporo czasu i chwyciłem „Śmierć guru” z domowej biblioteczki. Otwierając tę niewielką, niebieską książkę przeniosłem się do innego świata…
Akcja książki toczy się w latach 70-tych XX wieku, a większość wydarzeń rozgrywa się wśród hinduskiej społeczności zamieszkującej Trynidad. Wstyd się przyznać, ale moja wiedza na temat tego kraju ograniczała się do tego, że urodził się tam Dwight Yorke – napastnik Manchesteru United, którego zapamiętałem po pamiętnym finale Ligi Mistrzów w 1998 roku. Nie podejrzewałem, że na tej niewielkiej wyspie żyło tylu hindusów. W książce poznajemy historię jednego z nich. Rabi R. Maharaj należy do długiej linii bramińskich kapłanów i guru. W bardzo uczciwy sposób opisuje swoje życie, przesiąknięte hinduskimi zwyczajami. Codziennie spędzał długie godziny na medytacji, lecz stopniowo w jego życie zaczęło wsączać się rozczarowanie. Opisuje swoją drogę, poszukiwania, obawy i odnaleziony pokój, który „przewyższa wszelki rozum”. To naprawdę inspirująca i poruszająca historia (niechętnie przyznaję, że zdarzyło mi się nawet wzruszyć w pewnym momencie).
Zdarza się, że tytuły książek po które sięgam są bardzo enigmatyczne, niewiele mają wspólnego z treścią, a czasem są wręcz mylące. W przypadku tej pozycji Roberta Charlesa Sproula tytuł dokładnie oddaje jej treść. Autor patrząc na katolicyzm z perspektywy protestanta odpowiada na pytanie: Czy jesteśmy razem? W dobie postępującej sekularyzacji i rozwoju ruchów ekumenicznych pytanie to jest jak najbardziej na czasie, a odpowiedź brzmi: Nie, w kwestiach wiary nie jesteśmy razem. Udawanie, że znikły podziały, które doprowadziły do XVI-wiecznej reformacji byłoby wyrazem wielkiej obłudy.
Tak w największym skrócie można by streścić książkę tego amerykańskiego duchownego i teologa prezbiteriańskiego. Ale nie jest tak, że R.C. Sproul jest po prostu przeciwnikiem ekumenii. Kilkakrotnie podkreśla w swojej książce, że chętnie będzie współpracował z katolikami w różnych inicjatywach. Nie widzi przeciwskazań aby działać wspólnie np. dla dobra lokalnej społeczności. Rozróżnić jednak trzeba przyjacielskie stosunki od deklarowania jedności w kwestiach wiary. Głęboka linia podziału, która tak wyraźnie zarysowała się za czasów Lutra nie zniknęła. Kościół Rzymskokatolicki nie tylko nie zmienił swojego nauczania, ale w wielu kwestiach wręcz je zaostrzył w kolejnych dokumentach wydawanych przez Watykan. W czasach gdy tak bardzo należy dbać o poprawność wypowiedzi, aby nikogo nie urazić, wyartykułowanie głośno opinii, że katolicy i protestanci nie są razem wydaje się być niewłaściwe, żeby nie powiedzieć, że niebezpieczne. Można tak myśleć, ale po co o tym pisać książkę!? Faktycznie „niewygodność” i „niepoprawność” tej pozycji sprawiają, że pomimo pięknego wydania, niełatwo znaleźć ją w ofercie (nawet chrześcijańskich) księgarń.
atypowa ocena dla tych którzy obejrzeli 10 sezonów Przyjaciół minimum 3 razy: 6/10
atypowa ocena dla tych którzy obejrzeli 10 sezonów Przyjaciół minimum 5 razy: 7/10
atypowa ocena dla innych: 2/10
Wybaczcie brutalność tej oceny, ale wbrew wydawnictwu, które twierdzi, że „książka Kelsey Miller to pozycja obowiązkowa także dla tych, którzy jeszcze jakimś cudem nie znają serialu i są ciekawi, o co tyle zamieszania” nie uważam, że warto po nią sięgać jeśli nie jesteś (psycho)fanem Przyjaciół.
Autorka wykonała solidną pracę, opisując kulisy powstania serialu, castingi do głównych ról i w końcu dokonując streszczenia tego co się działo przez 10 lat, wychwytując rozmaite smaczki. O tym jak poważnie potraktowała swoje badania świadczą chociażby 534 przypisy na niespełna 350 stronach. Rzecz w tym, że docenić to mogą tylko osoby, które żywią do Przyjaciół szczególne uczucie i faktycznie traktują ich jako ten najlepszy serial na świecie. Obawiam się, że osoby które za Przyjaciółmi nie przepadają nie zechcą o nich czytać, z kolei ta grupa, która serialu nie zna, po prostu szybko się zagubi w książce i nie zrozumie większości odniesień, raz po raz wplatanych przez autorkę w treść poszczególnych rozdziałów. W ten sposób puszcza do czytelnika oko, ale załapać to mogą tylko te osoby, które same często używają odniesień do tego serialu i znają go na wyrywki. Innymi słowy – jeśli nie postrzegasz Przyjaciół w kategorii fenomenu – odpuścić sobie tę książkę.
Ja jednak Przyjaciół postrzegam jako fenomen. Nigdy nie podejrzewałbym siebie o to, że choć czytam aktualnie trzy inne dobre książki, to jednak ustąpią one pierwszeństwa pozycji nad którą patronat medialny objęło Comedy Central! To w jakimś stopniu świadczy o fenomenie tego serialu, przynajmniej w moim mikroświecie. I absolutnie nie przeszkadzają mi liczne niespójności czy też anachronizmy, bo nikną w blasku mojej wybujałej sentymentalności. Przyjaciele po prostu przenoszą nas do łatwiejszych czasów i niekoniecznie mam na myśli lata 90-te, w których toczy się akcja serialu.
Jeżeli nie kojarzycie twórczości Jakuba Szamałka, to warto to zmienić. Ten autor młodego pokolenia (pozwolę sobie na takie określenie, bo jest starszy ode mnie raptem o rok, a ja wciąż się jeszcze łudzę…) mógł umknąć tym, którzy regularnie nie sprawdzają nowości wydawniczych. Ja pierwsze dwie części serii przeczytałem w marcu 2020, a dopiero ostatnio się zorientowałem, że w październiku do księgarni trafiło zamknięcie tej trylogii. Niezwykle aktualnej, a może nawet coraz bardziej aktualnej trylogii. Świeżo opisane tutaj scenariusze z pogranicza cyfrowej fantastyki, na naszych oczach (albo właśnie tam gdzie nasz wzrok nie sięga) stają się nową rzeczywistością. Niebezpieczną rzeczywistością.
Zbyt wiele nie mogę Wam napisać o Jakubie Szamałku, ale jedno jest pewne – chłopak potrafi tworzyć scenariusze. Może wypadałoby przedstawić go przede wszystkim jako doktora archeologii po Oxfordzie i Cambridge, jako stypendystę fundacji Billa Gatesa, ale wydaje mi się, że znacznie więcej osób miało z nim kontakt (choć nieświadomie) poprzez blisko 10 letnią już współpracę ze studiem CD Projekt. Tak, to jest to polskie studio, które odpowiada za stworzenie gry Wiedźmin 3, zgarniającej swego czasu wszystkie światowe nagrody, a Jakub Szamałek był nie tylko jej współscenarzystą, ale sam wygląda nieco jak Geralt z Rivii. Co prawda mimo dwóch podejść nie ukończyłem Wiedźmina na konsoli, ale w przypadku Ukrytej Sieci – wchłonąłem całość bardzo szybko, i czekam na kolejne książki spod klawiatury pana Jakuba.
Uwaga, ocena nie dotyczy ani osoby Johna Williamsa, ani stylu samej biografii. W przypadku tej serii ocena bardziej odzwierciedla na ile zetknięcie z daną postacią skłoniło mnie do osobistej refleksji.
John Williams to czwarta książka z serii Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś, którą przeczytałem. Kieruję się tu chronologią czasu, w którym żyli poszczególni misjonarze, a nie kolejnością tworzenia poszczególnych tomów przez Janet i Geoffa Benge.
CZASEM JEDNO ZDANIE MOŻE ZAWAŻYĆ NA CAŁYM NASZYM ŻYCIU
Zanim sięgnąłem po tę książkę, nic nie wiedziałem o Johnie Williamsie. Nigdy o nim nie słyszałem i raczej nie czyni mnie to nikim wyjątkowym. Nie jest to wynikiem mojej wyjątkowej ignorancji – jest to po prostu misjonarz praktycznie nie znany w naszym kraju. Nie należy do grona tych, którzy podróżowali po Europie i dali się poznać jako wielcy mówcy, bądź założyciele znaczących szkół. John nie miał 20 lat gdy wyjechał z Anglii jako misjonarz i resztę swojego niedługiego życia przeżył na wyspach południowego Pacyfiku, gdzie koniec końców został zamordowany i zjedzony przez mieszkańców jednej z wysp.
Z książki niewiele dowiemy się o młodości Johna. Nie wiem czy to wynika z braku danych na ten temat, czy takiej koncepcji poprowadzenia narracji tej opowieści, ale troszkę brakowało mi podstawowych informacji o tym „skąd John się wziął”. W poprzednich trzech częściach autorzy poświęcili znacznie więcej uwagi dorastaniu Zinzendorfa, Wesleya czy też Carreya. W przypadku Johna Williamsa dowiadujemy się jedynie, że w wieku 18 lat był czeladnikiem.
Pewnego wolnego popołudnia umówił się z kolegami z pracy na piwo, ale zanim jego znajomi pojawili się na miejscu, spotkała go tam żona jego pracodawcy i „zachęciła” by poszedł z nią do kościoła. Nie dała mu szans do grzecznej odmowy, i niewiele później John zamiast sączyć piwo z przyjaciółmi, znalazł się na nabożeństwie, na którym być za żadne skarby świata nie chciał. Jednak tego wieczoru miał się tam znaleźć, choć wchodząc do Kościoła jeszcze o tym nie wiedział. To nie był przypadek, że jego przyjaciele się spóźnili, a w miejscu gdzie się umówili przechodziła akurat żona jego pracodawcy:
Siedząc na twardej ławce przygotowywał się na długie i monotonne kazanie, przed którym nic go już nie mogło uratować. Po kilku pieśniach na kazalnicę wszedł pastor Timothy East. Jego głos brzmiał głęboko i wyraźnie: – Na dzisiejszy wieczór wybrałem tekst z Ewangelii Marka, rozdział ósmy, werset 36 i 37: Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? – zaczął. John był już przygotowany, żeby jakoś przespać kazanie, ale coś w tych słowach obudziło jego zainteresowanie. – Na jaką rzecz z tego świata warto byłoby zamienić twoją duszę? – pytał pastor East. Słowa te uderzyły Johna jak grom z jasnego nieba. Na jaką rzecz z jego życia warto byłoby zamienić jego duszę? Wieczór spędzony przy piwie z kolegami? Jego ambicję, by pewnego dnia zostać bogatym kupcem? Nadzieję na znalezienie pięknej dziewczyny? Wszystkie te rzeczy wydawały się płytkie w porównaniu z wiecznością. W jednej chwili, gdy pastor East dalej kontynuował swoje kazanie, John Williams podjął decyzję. Zrozumiał, że idzie w życiu złą drogą – i postanowił to zmienić. Tu i teraz. Nadszedł czas, by zostać chrześcijaninem. Gdy wchodził do kaplicy, czuł się zniechęcony i przymuszony przez żonę pracodawcy. Gdy godzinę później wychodził, był przekonany, że właśnie przeżył najlepszą godzinę w całym swoim życiu!
Ten jeden wieczór, kilka słów Jezusa i konkretnie postawione pytanie kaznodziei – zaważyły na reszcie życia Johna Williamsa. Przeżyliście coś takiego? Ten moment, w którym słyszysz „te słowa”, które nie pozwalają pozostać tobie takim samym jak wcześniej?
Czy macie ulubionych autorów, na których możecie liczyć w zdrowiu i chorobie? Ja od niedawna zyskałem jednego, a imię jego brzmi James Herriot. Zapamiętajcie, bo to dość niszowa postać! Na próżno szukać wznowień jego powieści w księgarniach. Na aukcjach internetowych można znaleźć pojedyncze egzemplarze jego książek (najczęściej wycofanych ze szkolnych bibliotek), które osiągają horrendalne ceny kilkuset złotych.
Naprawdę nie rozumiem dlaczego jakieś wydawnictwo nie weźmie się za wznowienie wspaniałej 8-tomowej serii „Wszystkie stworzenia duże i małe”. James Herriot zdecydowanie ma wiele do powiedzenia na temat wszelkich stworzeń, ponieważ całe życie był wiejskim weterynarzem. Będąc w połowie tego cyklu, jestem pewien, że spokojnie mógłby zapełnić swoimi ciepłymi i jakże zabawnymi wspomnieniami nie osiem, a co najmniej szesnaście tomów.
James Herriot żył w czasach niespokojnych, a wiedza weterynaryjna oraz lekarstwa, którymi dysponował dalekie były od tego co dziś spotykamy w nowoczesnych placówkach. Ukończył studia w roku wybuchu II Wojny Światowej i podjął pracę weterynarza w hrabstwie Yorkshire, gdzie mieszkał do końca życia w 1995 roku. W latach 70-tych, namawiany przez przyjaciół, zdecydował się przelać swoje wspomnienia na papier. Nie wiem czy znam inny tak pogodny cykl książek. Prawdopodobnie nigdy by nie trafiły w moje ręce gdyby nie polecenie znajomej. Pamiętam, że gdy rozpocząłem czytać pierwszy rozdział Jeśli tylko potrafiłyby mówić byłem przekonany, że padłem ofiarą okrutnego żartu. Opowiada w drastycznie dokładny sposób o niełatwym przypadku odbierania porodu u krowy. Przy mojej wrażliwości potrafię tracić przytomność nawet gdy ktoś zbyt dokładnie zaczyna opowiadać o krwi, dlatego z dużą nieufnością przerzucałem pierwsze strony. Dość szybko jednak przekonałem się do tego cyklu, oraz pełnej humoru i uprzejmości narracji Herriota.
Stąd początkowe pytanie czy macie takich autorów, na których zawsze możecie liczyć. Ja wiem, że mogę liczyć na Jamesa Herriota zwłaszcza w chorobie, bo czytałem go głównie zimą, opatulony w koc przy rozpalonym kominku. Nic już na to nie poradzę, że ten autor zawsze będzie mi się kojarzył z takim miękkim opatulaniem mnie kojącymi historiami o najróżniejszych zwierzętach. Czy może być coś lepszego niż czytanie o przemarzniętym na kość weterynarzu, który przedziera się przez smagane zimnym wiatrem zbocza wiejskich terenów w północno-wschodniej Anglii, który robi to wszystko z prawdziwego powołania i szczerej troski o dobrobyt zwierząt? Jeśli nie znasz odpowiedzi na to pytanie – zachęcam abyś sięgnął do tego cyklu.
Uwaga, ocena nie dotyczy ani osoby Williama Careya, ani stylu samej biografii. W przypadku tej serii ocena bardziej odzwierciedla na ile zetknięcie z daną postacią skłoniło mnie do osobistej refleksji.
William Carey to trzecia książka z serii Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś, którą przeczytałem. Kieruję się tu chronologią czasu, w którym żyli poszczególni misjonarze, a nie kolejnością tworzenia poszczególnych tomów przez Janet i Geoffa Benge.
Czytając biografię Williama ciężko było mi nie odnosić jej do pozostającej świeżo w mojej pamięci historii Ludwika Zinzendorfa. Ich działań misyjnych nie dzieli tak wiele czasu. William urodził się raptem rok po śmierci hrabiego Zinzendorfa. Jednak ich historie są, delikatnie mówiąc, diametralnie różne.
Ludwik miał wysoką, szlachecką pozycję. W gronie jego znajomych znajdowali się wpływowi ludzie i nie było potrzeby aby czegokolwiek sobie odmawiał. Kwestia pieniędzy nigdy nie była dla niego problematyczna. Bez trudu finansował swoją służbę i wspierał wiele dobrych przedsięwzięć.
W przypadku Williama było zupełnie inaczej. Wychowywał się w skrajnym ubóstwie. Gdyby nie to, że jego ojciec otrzymał pracę w anglikańskim kościele, młody William prawdopodobnie nie miałby nigdy dostępu do książek, a zatem szansy nauczyć się czytać. Był jeszcze dzieckiem gdy musiał rozpocząć pracę poza domem jako pomoc szewca. Od samego początku było mu niezmiernie ciężko.
A jednak tych dwóch, tak różnych mężczyzn, łączy wspólna pasja. Była to paląca potrzeba dzielenia się ewangelią. Choć odebrali zupełnie inne wychowanie, inne wykształcenie, można powiedzieć nawet, że żyli w zupełnie odrębnych światach – ich serca zostały przemienione już w młodości przez dobrą nowinę o zbawieniu w Jezusie Chrystusie. Jeden i drugi nie chciał też poprzestać na tym, aby tylko cieszyć się z tego co otrzymał. Spalała ich potrzeba by zanieść ewangelię ludziom na całym świecie.
Mam z oceną tej książki niemały problem. Bardzo cenię panią Justynę Kopińską za jej bezkompromisowość i momentami wręcz brutalną rzetelność w pracy dziennikarskiej. Po lekturze Polska odwraca oczy, długo nie mogłem dojść do siebie (więcej tu: Polska odwraca oczy). Jednak Obłęd nie jest reportażem, ale powieścią, i już na wstępie zostajemy poinformowani, że wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci są przypadkowe i niezamierzone. A szkoda… bo właśnie za opis wydarzeń prawdziwych najbardziej cenię rzeczy wychodzące spod pióra pani Justyny.
Niemniej jednak również po lekturze Obłędu może być nam ciężko wrócić do cukierkowej rzeczywistości kreowanej przez Instagram czy też reklamy produktów do prania. Choć powieść tę czyta się lekko i szybko, to jest ona ciężka i może nas przygnieść na dłuższy czas. Czego się jednak spodziewać po opowieści o „ZŁU absolutnym”?
Niedawno natknąłem się na dość brutalną recenzję tej pozycji zakończoną prośbą do autorki aby pozostała przy reportażach, bo powieści pisać nie umie. Jest to zdecydowana przesada. Choć też wolę reportaże, które pełne są prawdziwych historii (również tych niewygodnych, o których wielu decyduje się nie wiedzieć), to nie mogę uwolnić się od przeświadczenia, że Obłęd zawiera znacznie więcej bolesnych faktów o nas, niż ktokolwiek odważyłby się przyznać. Ta brudna prawda o człowieku jest wtłoczona w dwóch głównych bohaterów, i kilka innych postaci, które poznajemy bez zbędnych podchodów. W końcu większość akcji toczy się na zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego, gdzie nie ma konieczności owijania świata w bawełnę – wystarczą pomieszczenia o miękkich ścianach.